Tutaj możesz przeczytać doświadczenia osób, które były na pobycie w ciemności. Pamiętaj, że odczucia i przebieg pobytu w ciemności są indywidualne i że przeżycia innych mogą obudzić w Tobie oczekiwania.
chętnie napiszę parę linijek, ale 2 noce nie były aż tak bardzo wypełnione przeżyciami 🙂
Poszedłem do ciemności z trzech powodów
Chciałem sprawdzić, jak to jest, odpocząć i przekonać się, czy dam radę. Niestety nie miałem za dużo czasu ani urlopu w pracy, więc wybrałem pobyt weekendowy. Wiem, że na każdego ciemność i samotność działają inaczej. Byłem dość pewny siebie. Świetnie potrafię zająć się sam sobą, ale w ciemności?
Sen i czuwanie
W piątek ciepło przywitał mnie Tom i wyjaśnił, jak przebiega pobyt. Pierwszą noc pięknie przespałem i następny dzień wyglądał podobnie. Kiedy czuwałem, wszystko w ciemności płynęło z ciekawym posmakiem błogości i rozwagi. W absolutnej ciemności wzrok się nie przyzwyczai, więc nie pozostało nic innego, jak obmacać wnętrze domku i podświadomie odliczać kroki – zabawne. Pobyt skurczył się do odcinków snu i czuwania, które przeplatały się przez cały dzień. Kiedy nie spałem, robiłem ćwiczenia rozciągające, jadłem lekko, piłem herbatę i wodę, raz dziennie brałem prysznic i rozmyślałem. Oczyszczałem się.
Jedzenie smakowałem z przyjemnością
Ponieważ niewiele się ruszałem, głód też nie przychodził. Jadłem niewiele, ale za to świetne jedzenie od Lenki w ciemności smakowało mi wyśmienicie. Następną noc, siłą rozpędu podświadomości, znów przespałem całą. Kolejny dzień minął jak poprzedni i już pukała do mnie Lenka, że pobyt się kończy.
Dwie noce to za mało
Dziś już wiem, że 2 noce są świetne na odpoczynek i częściowe oczyszczenie. Nie dochodzi tu jednak do sedna pobytu w ciemności – do fazy prawdziwego czuwania, które przychodzi mniej więcej po trzech dniach. Już cieszę się na kolejny pobyt, który na pewno zaplanuję na cały tydzień.
Świetne miejsce, świetni ludzie, świetne jedzenie. Polecam 🙂
Przeszłam pobyt w ciemności ze świadomością, że w ogóle nie wiem, po co to robię 🙂 Byłam tam trzy noce i to była moc!
To był duży ogród, w którym stały cztery domki. Wszędzie panowała cisza. Miałam wrażenie, że już teraz wyostrzyły mi się wszystkie zmysły. Jakby ciało wiedziało, na co się porywam. Zaczęłam czuć zdenerwowanie i podekscytowanie. Słyszałam w głowie „Co ty tu do cholery robisz? Po co to robisz?”
Tomáš zaprowadził mnie do mojego domku i wprowadził do środka. Domek był piękny. Większy, niż sobie wyobrażałam, bardzo przytulny i ciepły. Miał kabinę prysznicową, toaletę, umywalkę z szafką i pokoik z zaścielonym łóżkiem, karimatą i poduszką do medytacji. Tomáš przekazał mi wszystkie potrzebne wskazówki do pobytu, życzył mi szczęścia, siły i odszedł. Ode mnie zależało, kiedy zgaszę światło. Czułam ciekawość i napięcie. Rozłożyłam wszystkie rzeczy wzdłuż ściany, żeby mieć do nich łatwy dostęp. Wyłączyłam telefon. Przebrałam się, podkręciłam ogrzewanie klimatyzacją, wzięłam głęboki oddech i zgasiłam światło.
Ciemność była absolutna
Takiej ciemności jeszcze nie przeżyłam. Przez chwilę stałam bez ruchu, wciąż z ręką na włączniku, i zdumiewałam się tą pełną ciemnością Zaczęłam macać wokół siebie. Doszłam do łóżka, usiadłam na nim i zaczęłam się ciemnością cieszyć. Czułam się bezpiecznie i lekko. Czułam obecność ciemności. Jakby to był czarny aksamit, a ja się w nim cała zanurzyłam. Usłyszałam na zewnątrz ptaki. Słyszałam je tylko słabo, domek miał pięćdziesięciocentymetrowe, wyciszone ściany. Położyłam się na łóżku i cieszyłam się spokojem, samotnością i nicnierobieniem. Zasnęłam w mgnieniu oka.
Straciłam poczucie czasu
Nie wiem, po jakim czasie się obudziłam. Dotarło do mnie, że całkiem tracę poczucie czasu. Jak długo spałam? Która jest godzina? Jest jeszcze dzień, czy już głęboka noc? Odkryłam, że to dla mnie zupełnie nowe i dziwne nie mieć pojęcia, która jest godzina.
Postanowiłam, że jeszcze się prześpię. Myślę, że przespałam cały dzień. Tomáš w jego trakcie przyniósł mi jedzenie. Zapytał przez zamknięte drzwi, czy chcę wiedzieć, co to jest. Powiedziałam mu, że spróbuję odgadnąć sama. Po jego odejściu dotarło do mnie, jak miło było mi usłyszeć ludzki głos.
Spaghetti po ciemku
Najpierw wzięłam się za zupę. Była pyszna i jadło się ją łatwo. Z drugim daniem nie było już tak łatwo. Wzięłam łyżkę, zanurzyłam ją w jedzeniu, włożyłam do ust, ale łyżka była pusta. Okazało się, że trzymam ją odwrotnie. Obróciłam ją i znowu sięgnęłam do jedzenia. Znowu czułam, że coś jest na łyżce, i szast-prast do buzi, ale znowu nic. Nie dawało mi to spokoju, sięgnęłam do jedzenia palcem. To było spaghetti 🙂 Dotarłam po omacku po widelec i spokojnie się najadłam. Jedzenie w ciemności to było coś. Wielu smaków nie potrafiłam rozpoznać i tylko zgadywałam, co to może być. A tego, że musiałam wyglądać jak prosiaczek, nie wątpię. Po jedzeniu się opłukałam i znowu poszłam się położyć. Było mi bardzo dobrze. Zasnęłam.
Wszystko po ciemku
Obudziłam się i usłyszałam ptaki. Pomyślałam, że to pewnie rano. Poszłam umyć zęby i tam nastąpił moment „aha”. Jak nałożyć pastę na szczoteczkę, żeby nie była wszędzie dookoła. Śmiałam się, jak tu spotykam się ze zwyczajnymi rzeczami w niezwyczajnej sytuacji. Potem chciałam spróbować poćwiczyć. Co to była za heca, kiedy nie utrzymałam ani jednej pozycji równoważnej z jogi. W tej absolutnej ciemności to po prostu nie szło. Za każdym razem się przewracałam. Zostałam przy klasycznym rozciąganiu. Potem przyszła kolej na prysznic, który był intensywniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Mocniej czułam wodę, krople i jej temperaturę. Delektowałam się nią.
Nie było gdzie schować się przed myślami
Wróciłam do łóżka, ale już nie chciało mi się spać. Byłam pełna energii. Przyszło to, po co się do ciemności chyba przychodzi. Moje myśli w głowie nie chciały się zatrzymać, nie było jak przed nimi uciec. W zwykłym życiu, na świetle, zawsze coś sobie znajdę. Idę na spacer albo po prostu idę pozmywać, podrapać koty, podlać kwiatki, cokolwiek, ale tu się nie dało. Nie pomagało zamknąć i otworzyć oczy, ciemność była ciągle taka sama i wszędzie. Byłam zmuszona zostać sama ze sobą i ze swoją głową. Wierzę, że każdy z was choć trochę potrafi sobie wyobrazić tę beznadzieję 🙂
Spałam już mniej, a więcej byłam sama ze sobą. Czas zaczął mi płynąć bardzo powoli. A w chwilach, kiedy nie spałam, nie było mi dobrze. Sięgałam po oddech i medytację. Zaczęłam się w ciemności bać i czekałam z utęsknieniem na Tomáša, aż przyniesie mi kolejne jedzenie. Kiedy przyszedł, chwilę z nim porozmawiałam i od razu zrobiło mi się dużo lepiej. Przyniósł mi od razu budzik na następny dzień, nastawiony na wschód słońca. Poćwiczyłam, wzięłam prysznic i zjadłam wspaniały posiłek. Nawet śmiałam się na głos, tak nagle było mi cudownie. Tańczyłam po domku i dobrze się bawiłam. Usłyszałam Tomáša, jak rozmawia z moim sąsiadem z domku obok. Nagle jakby nie było żadnych strachów ani myśli i znowu cieszyłam się tą piękną aksamitną ciemnością.
Za kilka godzin będę wolna
Wróciłam do łóżka. Spać już się zupełnie nie dało. I nagle dotarło do mnie, że już tylko kilka godzin (choć w ogóle nie wiedziałam ile) i będę wolna, znowu będę na świetle. I wtedy zaczął się czyściec. Jakby przez to, że wiedziałam, że zbliża się koniec, tym bardziej chciałam, żeby już nastąpił. Nie wiedziałam, czym się zająć, jak ten czas skrócić. Panikowałam. Wiedziałam, że w każdej chwili mogę zapalić światło, ale moje ego i mój strach na to nie pozwoliły.
Siedziałam na łóżku, które od początku było moim schronieniem. Dosłownie chowałam się pod kołdrę, żeby czuć się bezpiecznie. Moje strachy zaczęły się materializować. Byłam sparaliżowana sama sobą. Nie mogłam się ruszyć. Dopiero siła mojej złości wyciągnęła mnie z łóżka i zaprowadziła do toalety. Nie pomyślałam, jak to jest, kiedy śni mi się koszmar, budzę się z niego i jestem w ciemności. Nie wiedziałam, czy ten koszmar się skończył, czy trwa dalej. Bardzo chciałam zasnąć, ale nie mogłam. Czas wlókł się niesamowicie powoli. Nasłuchiwałam uważnie, ale nie słyszałam już nic poza samolotami. Moja krzywa paniki ze strachu rosła, a ciało sztywniało. Nie wiem, jakim cudem udało mi się zasnąć.
Widziałam tyle światła…
Obudził mnie dźwięk budzika, a ja wyłączyłam go tak szybko, że znowu nie wiedziałam, czy to sen, czy nie. Czy ten budzik naprawdę dzwonił. Nie mogłam na niego spojrzeć i sprawdzić, która godzina. Postanowiłam, że mi się to nie śniło, że już czas. Ubrałam się, opłukałam i otworzyłam drzwi.
Zawirował mi cały świat, góra była dołem. Usiadłam na progu i wpatrywałam się w to „światło”. Było wpół do szóstej rano i jak na zwykłe życie było ciemno choć oko wykol, ale ja widziałam tyle światła. Siedziałam na progu i czekałam na wschód słońca. Stopniowo wszystko zaczęło nabierać kolorów. Niebo było jaśniejsze, kolory były bardziej nasycone. Po godzinie spakowałam się i pożegnałam z domkiem. Szłam pieszo i pragnęłam iść pieszo, ile tylko się da. Zadzwoniłam do męża, czy może mnie odebrać gdzie indziej, niż byliśmy umówieni, żebym mogła być przez chwilę sama tam na zewnątrz, tam na świetle!
W drodze do domu delektowałam się pięknem okolicy
To, co czułam w drodze, jest nie do przekazania. To było uczucie ogromnego szczęścia, miłości, pokory wobec samej siebie. Urosłam o pięćdziesiąt metrów. Czułam, że dam radę wszystkiemu. Śmiałam się do kolorów na zewnątrz i zatrzymywałam się co piąty krok, żeby delektować się pięknem wokół. Podskakiwałam, biegłam. Wszystko wydawało mi się niewiarygodne, a przy tym tak pełne. Byłam jak rozbawione dziecko. Dotarło do mnie, co zrobiłam, czego dokonałam, przez co przeszłam.
Spotkałam się ze swoimi strachami
W ciemności znalazłam dużą część siebie i poczułam ją. Spotkałam się ze sobą tak, jak nigdy nie chciałam. Spotkałam się ze swoimi strachami. Wiem, że nie mam już ich unikać, tylko je przyjąć, bo są moje i należą do mnie. Być z nimi i przeżyć je. Tak samo jak przeżywam miłość, radość czy złość.
Ktoś poleca pobyt w ciemności tak, jak ja przejście Camino Santiago de Compostela. Ja na razie mówię, że bym tego nie powtórzyła, ale za to doświadczenie jestem bardzo wdzięczna 🙂
dziękuję za przypomnienie i chętnie opiszę swoje doświadczenie z pobytem w ciemności.
Ciemność była dla mnie łaskawa. Była dla mnie piękną i mądrą nauczycielką, a czasem nawet kochanką. Uczyła mnie odbierać świat sercem i uważnie słuchać tego, co inni chcą mi przekazać.
Wybrałem północne sanktuarium
To był trochę przypadek, bo żadne inne sanktuarium w tym terminie nie było wolne, ale wszechświat chciał, żebym właśnie w tym sanktuarium spędził swój tydzień w ciemności. Z szamańskiego punktu widzenia kierunek północny zajmuje się umysłem serca, a ja potrzebowałem patrzeć na świat przez swoje serce, a nie tylko przez swój umysł, który czasem sobie ze mną pogrywał i próbował sprowadzić mnie z drogi do mojego świętego snu.
Jedzenie było moim punktem orientacyjnym
Pobytu w ciemności się nie bałem. Po przyjeździe Tomáš wszystko mi wyjaśnił, ja przy świetle obszedłem domek, zorientowałem się, spróbowałem na próbę poruszać się po domku, zapamiętałem, gdzie co jest, i zgasiłem światło. Ważnym punktem orientacyjnym było jedzenie. Tomáš powiedział mi, w jakich godzinach przynosi posiłki, więc miałem przynajmniej z dokładnością do +/- 4 godzin wyobrażenie o czasie. Ponieważ jestem człowiekiem systematycznym, mogłem według tego zaplanować sobie cały dzień.
Ciemność pomogła mi się skupić
Ćwiczyłem, medytowałem, odpoczywałem i jadłem. Nic innego w ciemności nie da się robić, ale to wystarczy, żeby zrealizować zamiar, z którym poszedłem do ciemności. Chciałem sprawdzić, czy droga, na którą wyruszyłem, jest właściwa i czy nie gonię za jakąś mrzonką. Wiedziałem, że muszę odłączyć mózg i spojrzeć na to przez swoje serce. W świetle nie umiałem tego zrobić, docierało do mnie zbyt wiele rozpraszających bodźców, które nie pozwalały mi się skupić.
Ciemność uczyła mnie odbierać świat sercem
Dziś mogę już powiedzieć, że ciemność mi w tym pomogła. Uczyła mnie odbierać przez serce, i to na początku bardzo drastyczną metodą. Drugiego dnia miałem uporczywy ból głowy, a serce pracowało mi szybciej niż zwykle. Na ratunek miałem „czerwone” tabletki, które wcześniej zawsze mi pomagały, ale teraz w ogóle. „Co robić w takiej sytuacji?” Intuicyjnie wyczułem, że muszę usiąść i głęboko oddychać. Oddychać przez serce. Oddychałem długo (wdech + wydech = 15 s), liczyłem do 100 (30 minut), głęboko oddychałem, skupiałem się na sercu i nagle uporczywy ból się rozpłynął, a serce się uspokoiło. To było cudowne. Każdą medytację zaczynałem od tego oddechu, pomagało mi to się rozluźnić i zaglądać głębiej w swoje serce. Kiedy mózg, ten łobuz jeden, chciał się wkraść do mojego wnętrza z jakąś błędną myślą, potrafiłem go zatrzymać, myśl zapakować, wyrzucić do kosza i kontynuować medytację. Niesamowicie się też oczyszczałem, chyba 1/3 czasu całego pobytu spędziłem w toalecie.
Najdłuższy dzień całego pobytu
Kiedy nadszedł przedostatni dzień, Tomáš przyszedł trochę wcześniej, bo poprzedniego wieczoru znowu został tatą i spieszył się do Lenki do porodówki. Przyniósł budzik nastawiony na 4 rano. Mogę powiedzieć, że był to dla mnie najdłuższy czas całego pobytu. Nie mogłem doczekać się rana, więc trochę oszukiwałem i w nocy podświetliłem sobie tarczę. Pokazała 02:00. Kolejne dwie godziny minęły już spokojnie. O czwartej się obudziłem, usiadłem przed domkiem i razem z młodym kolegą z sąsiedniego domku powoli poszliśmy popatrzeć na wschód słońca.
Zobaczyliśmy niesamowity obraz.
Nad Kutną Horą wzeszło przepiękne Słońce, a po zachodniej stronie niebo było metalicznie szare i przechodziła przez nie wspaniała tęcza. Świat stał się na tę chwilę – i jest taki do dziś – kolorowy. Już wiem, że czarno-białe widzenie świata nie jest dla mnie. Cały dzień przeżyłem potem po swojemu. Rano wykąpałem się w stawie, przeszedłem się po pięknej przyrodzie, pozwoliłem sobie na wspaniały masaż i ruszyłem do domu, do swojej wspaniałej i pięknej żony oraz pięknych i cudownych córek.
Radka, moja żona, powiedziała mi, że oczy całkiem mi się oczyściły, a miesiąc po pobycie mówi, że jestem nawet innym Zdeňkiem. Ja też tak to czuję i pomaga mi w tym moje serce.
Dziękuję Tomášowi i Lence za opiekę, oboje byli empatyczni i umieli słuchać. Lenko, tobie dziękuję, że przekonałaś mnie, że trzeba być cierpliwym i słuchać ciemności. To była dla mnie niespodzianka, kiedy dwa dni przed przedostatnim dniem przyniosłaś mi jedzenie i tak po prostu zamknęłaś się od środka i porozmawiałaś ze mną. To było chyba tuż przed tym, jak urodziło ci się dziecko (przepraszam, nie pamiętam, czy to była córka, czy syn). Dzień wcześniej życzyłem sobie, żeby porozmawiała ze mną chwilę kobieta, i marzyłem o herbacie imbirowej. Wszechświat spełnił wszystko co do joty. Porozmawiałaś ze mną i przyniosłaś też dzbanuszek herbaty imbirowej.
Minął rok, odkąd przeszłam tygodniowy pobyt w ciemności. Właściwie nawet nie wiem, czy udało mi się już przetrawić wszystko, co przyniósł. Nawet po tym wszystkim, co przeczytałam przed wejściem w ciemność i samotność, miałam tylko mglisty obraz tego, jak będzie wyglądał. Rzeczywistość i tak była bardzo daleka od wszelkich opisów i wyobrażeń.
Dlaczego zdecydowałam się pójść w ciemność?
Chciałam „porozmawiać” ze swoją chorobą i zrozumieć, skąd się wzięła i co skrywa. Czego się obawiałam? Jestem trochę strachajło, więc ciemność była wyzwaniem sama w sobie. Do tego, czym wypełnię cały ten czas. Dziś te obawy wydają mi się śmieszne.
Największą „grozą” było spotkać się ze swoimi wewnętrznymi demonami, lękami i głębokim wewnętrznym bólem. A przecież zajrzałam tylko do niektórych tajemnych komnat. Mamy w sobie bowiem jakiś filtr czy zawór, który nie pozwala przekroczyć granicy tego, co jesteśmy w stanie unieść. Mimo to byłam na skraju załamania. Z trudem znajdowałam siły. A nie miałam pojęcia, że najgorsze dopiero przede mną…
Jak to przebiegało?
Pierwsze trzy dni były całkiem w porządku. Umysł zdążył je bowiem „wymyśleć”. Pod koniec trzeciego dnia zaczęły jednak napierać uczucia, a ciało chętnie wzmacniało je objawami fizycznymi. Nie pomagały ćwiczenia ani medytacja. Jeszcze nigdy nie wypłakałam tylu łez, jeszcze nigdy nie czułam takiej grozy przed przyszłością, strachu przed śmiercią, bólu po stracie i z powodu spodziewanej straty, strachu przed umieraniem, poczucia daremności i nicości.
Muszę się jednak pochwalić, że nie przyszło mi do głowy, żeby przedwcześnie zakończyć pobyt. Całkiem miłe odkrycie, bo moim zwyczajem zawsze była ucieczka.
Jak wyglądał powrót do światła?
Najgorsze przeżycie z całego pobytu. Cieszyłam się na koniec w przekonaniu, że z pierwszymi promieniami słońca znów znajdę grunt pod nogami. Tymczasem przyszło coś, co powaliło mnie na dno: ” Panie Boże, czego ja właściwie chcę na tym świecie? Co ja tu ze sobą zrobię?” To był cios!
Poszłam w ciemność po uzdrowienie, a wyszłam ze świadomością, że właściwie nie wiem, po co ani jak żyć, z poznaniem, że życia boję się bardziej niż śmierci. To była taka groza, że w drodze do domu nawet wyobrażałam sobie (tylko bałam się do tego przyznać), jak zginę w wypadku samochodowym. Nie chciałam tylko, żeby coś się stało tacie, który mnie wiózł.
No i jak to wygląda po roku?
Trudno powiedzieć, czy ciągle czegoś sobie nie wmawiam, ale choć choroba wciąż tu jest, potrafię żyć. Strach nie zniknął i wiem, że zawsze tu będzie. Tak samo jak poczucie daremności, nicości, żalu. Ale są tu też ich przeciwieństwa. Wciąż boję się śmierci, umierania, straty, bólu i życia, ale żyję i sprawia mi to radość. Jeszcze nie pozbyłam się całkiem wewnętrznych ograniczeń, ale jest ich znacznie mniej. Czasem mam poczucie, że wszystko jest do niczego, że wszystko robię źle, ale zawsze pojawia się coś, co daje mi odczuć, że nie jest tak źle. Życie wciąż rzuca mi kłody pod nogi, ale ja już tak bardzo się przez nie nie załamuję, a nawet dość często mam odwagę i siłę, by stawić im czoła. Zobaczyłam samą siebie i odkryłam, że to, kim jestem, nie zależy od wykształcenia, płci, aktualnego stanu zdrowia, ale od postawy wobec siebie, wobec życia. Tu mam jeszcze mnóstwo pracy. A ja chcę pracować i moim największym marzeniem jest to dzieło dokończyć.
Wam obojgu, Tomáši i Lenko, dziękuję za wszystko i życzę, żeby wam się wiodło.
chciałabym podzielić się z Wami moimi przeżyciami, wrażeniami i odczuciami z pobytu w ciemności u Leni i Toma.
Na początek chyba to, że starałam się niczego nie oczekiwać, tylko przeżyć to w pełni, ze wszystkim, co się da. Trochu z rezerwą i ostrożnością wybrałam tylko trzydniowy pobyt, po czym przy ostatnim budziku zareagowałam trochę smutno: „Coooo? Juuuuuż? ” i przyznam się, że z jednej strony byłam z siebie dumna, że dałam radę i że mogę już z podniesioną głową jechać do domu 😀 , z drugiej strony spokojnie zostałabym jeszcze kilka dni. Ale wszystko stało się tak, jak miało. Byłam niewiarygodnie naładowana i właściwie nadal jestem. Wszystko w moim życiu ruszyło we właściwym kierunku.
Zaczęło się trochę dramatycznie….
Po dokładnym zbadaniu terenu wzięłam więc oddech i zgasiłam światło, oczywiście przez pierwsze pół godzinki było to dość dziwne i człowiek oswaja się z tą ciemnością. Zakopałam się porządnie w legowisku i zostawiłam wszystko ciemności 🙂 . W ciągu pół godziny rozpętała się brutalna burza, przysięgłabym, że piorun uderzył gdzieś blisko domku, bo cały się zatrząsł. Tej nocy śniło mi się, że ktoś ciągnie mnie za ręce na zewnątrz z domku. Też super…
Głowa nijak nie chciała się wyłączyć…
Obudziłam się w szoku, w totalnie przepoconych ciuchach, i upewniłam się, że wciąż jestem tam, gdzie byłam ostatnio 😀 . Mimo to nie dałam się ponieść (ani dosłownie), tak jakoś stopniowo podsypiałam, cieszyłam się jedzeniem, które przyniosła mi Leňa, próbowałam medytować, ale głowa nijak nie chciała się wyłączyć… Mnóstwo myśli…
W końcu w ogóle nie udało mi się wejść w medytację, tylko w jakieś wizualizacje, które sama sobie stworzyłam, żeby coś od siebie odczepić i pozwolić temu odejść.
Minerały
Wzięłam ze sobą 5 minerałów jako talizmany do różnych rytuałów oczyszczających, po czym okazało się, że nagle jest ich 6. Dotykiem stwierdziłam, że jeden normalnie pękł na pół 😀 . Nie będę kłamać, trochę mnie to wytrąciło z równowagi, bo skoro pęka kamień, to musi tam być cholernie dużo energii, mówię sobie „hmmm, no trudno, widocznie tak ma być”.
Straciłam poczucie czasu
Reszta pobytu upłynęła praktycznie na spaniu, jedzeniu, próbach medytacji i szukaniu wewnętrznego spokoju, rozciąganiu.
Naiwnie myślałam, że mam poczucie czasu, w końcu okazało się, że pomyliłam się o 3/4 dnia 😀 . Ostatniego dnia Leňa przyniosła mi jedzenie i budzik, zjadłam porcję, zasnęłam i drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr…„Co, to ja już niby jadę do domu”? przyszło mi do głowy.
Jak się czułam po pobycie w ciemności?
Przez ten weekend czułam się niesamowicie wypoczęta, pełna energii, nawet uznałam, że dobrze wyglądam 😀 , ogólnie „sprawy” w moim życiu ruszyły do przodu, znalazłam w sobie spokój i odkryłam, że następnym razem dam radę otworzyć też te „ciężkie drzwi” i pójdę w to znowu, bo to niezmiernie, wręcz kosmicznie oczyszczający proces poznawania siebie.
Podsumowując, było mi za krótko. Na pewno powtórzę pobyt, bardzo chciałabym podziękować Leni i Tomowi za to, że to umożliwili, i za opiekę, cieszę się
Cześć Leni i Tomku,
już kilka razy mówiłam sobie, że muszę do was napisać i podzielić się swoimi wrażeniami. Początkowo chciałam napisać zaraz po powrocie, ale wydawało mi się to zbyt mocno zabarwione chwilowymi wspaniałymi wrażeniami i bałam się, że nie zdołam być „obiektywna”. Postanowiłam więc poczekać, aż wszystko we mnie dojrzeje, żebym mogła wszystko
opisać z większym dystansem. Po miesiącu – czyli z większego dystansu – mogę z czystym sercem powiedzieć, że moje wspaniałe wrażenia z mojego „ciemnego pobytu” nie wyblakły, przeciwnie, osiadły we mnie i ciągle się wzmacniają…
Więc oto one.
Jak w ogóle trafiłam na pobyt w ciemności?
Powoli. Pierwszy raz o tym, że człowiek daje się
dobrowolnie zamknąć w ciemności, usłyszałam jakieś dwa lata temu, kiedy opowiadała mi o tym znajoma, która przez to przeszła i była zachwycona, choć opisywała też, jak wymagające to było. Wydało mi się to ciekawe, więc przeczytałam książkę Tvarytmy Jaroslava Duška i zaczęłam szukać informacji w internecie. Trafiałam wtedy na organizatorów, którzy mnie specjalnie nie przekonali, czy to swoim podejściem, sposobem działania, czy ogólnie filozofią. Z perspektywy czasu wiem, że tak miało być, bo nie byłam jeszcze „odpowiednio dojrzała” do własnego pobytu.
To nie będą klasyczne wakacje
W tym roku jednak przyszedł mój czas i „przypadek” sprawił, że w poniedziałek 9 stycznia trafiłam na stronę Lenki i Tomáša, która ujęła mnie swoją otwartością, i po prostu wiedziałam, że zamiast do Bułgarii w tym roku pojadę do ciemności, i to właśnie tutaj. Mogłoby się wydawać, że zdecydowałam impulsywnie, bo już kilka dni później wybrałam termin i wpłaciłam zaliczkę, ale dla mnie było to zupełnie oczywiste i naturalne, w ogóle się nie wahałam. I wątpliwości nie pojawiły się też później, przez całe pięć miesięcy, zanim pobyt się zaczął, ani przez sekundę nie żałowałam. Wiedziałam, że to nie będą klasyczne wakacje w zwykłym znaczeniu tego
słowa, ale że będzie to kolejny cenny kamyczek w mozaice rozwoju osobist(ości)ego.
Muszę ruszyć z miejsca
Czułam, że nadszedł właściwy czas, i byłam święcie przekonana, że ciemność da mi to, czego potrzebuję – ruszyć z miejsca… Miałam poczucie, że już dość długo w wielu dziedzinach drepczę w miejscu i kręcę się w kółko, z którego nie umiem (a z wygody nawet nie chcę) wyjść, boję się coś zrobić tylko po to, żeby nie stracić czegoś innego… Można też powiedzieć, że oczekiwałam, że ciemność
przyniesie mi przejrzenie.
Starannie się przygotowałam
Do planowanego pobytu podeszłam naprawdę odpowiedzialnie – nie tylko przeczytałam mnóstwo doświadczeń uczestników (większość z nich czytałam dopiero wtedy, gdy miałam już wpłaconą zaliczkę i wiedziałam, że cokolwiek tam będzie, chcę przez to przejść), ale kupiłam sobie też notes. Tak, to może
zabawne, ale jestem typem, który wszystko zapisuje, i już wcześniej chciałam notować wszystkie myśli, które przyjdą mi do głowy, wypisać swoje lęki i obawy, oczekiwania, ciekawe spostrzeżenia, które chłonęłam dookoła, myśli z książek, które akurat czytałam, i tak dalej.
A potem to przyszło…
Myślę, że na początku pobytu w ciemności czułam się dobrze właśnie dlatego, że wiedziałam, że odpowiednio się przygotowałam, że przelałam wiele myśli na papier i że przygotowałam się też na ewentualne problemy czy słabsze momenty. Za to nie miałam żadnych wielkich oczekiwań w rodzaju, że po ciemności wszystko się zmieni i będzie skąpane w słońcu.
Stałam twardo na ziemi i weszłam w to z umysłem jak najbardziej otwartym, czyli bez oczekiwań, które by go w jakikolwiek sposób ograniczały. Wiedziałam, że nikt
nie będzie mi zawracał głowy telefonem, że będę tylko sama ze sobą i będę otwarta na wszystko, co się wydarzy, że będę starała się z pokorą przyjmować wszystkie symbole i przypowieści, które zostaną mi zesłane z góry.
Wystarczyło jedno pstryknięcie
Nadszedł więc dzień D. Był trzeci czerwca, wczesny wieczór, a ja znalazłam się w swoim północnym domku. Północny wybrałam intuicyjnie, bo „znam drogę i nie zmieniam kierunku, dojdę do rzeki pełnej ryb, aż tam na północy” i ogólnie wolę zimno niż ciepło.
Po załatwieniu formalności z Tomášem zapisałam jeszcze za światła ostatnie
notatki w zeszycie, wzięłam prysznic w zimnej wodzie (to nie z wyboru, ale bojler nie był nagrzany, więc ochłodziłam się od razu na początku – potraktowałam to jako całkiem zabawne pierwsze wyzwanie), obmacałam pomieszczenia i zgasiłam światło… To było dziwne. Wystarczyło jedno pstryknięcie i w domku zostałyśmy same – ja i ciemność
nieprzenikniona.
Zapisywałam…
Jak już pisałam, jestem typem, który wszystko zapisuje, więc notowałam swoje spostrzeżenia także w ciemności. Żeby dało się to przeczytać, miałam sztywną płytkę pilśniową, którą przesuwałam zamiast linijek. I o dziwo naprawdę wszystko da się przeczytać, a przynajmniej domyślić. Oprócz tego, że zapisywałam uczucia, wrażenia i przemyślenia, także malowałam. Miałam ze sobą kamienie do malowania, które w razie wewnętrznej potrzeby losowo wyciągałam z woreczka i malowałam nimi
abstrakcyjne motywy wyrażające moje chwilowe uczucia… Byłam ciekawa, jak to będzie wyglądać przy świetle, i naprawdę zaskoczyło mnie, że wybrane kolory (oczywiście całkowicie przypadkowo – w ciemności inaczej się nie da) przeważnie idealnie oddawały temat (uczucie) obrazka…
Przykład notatek pisanych w ciemnościPierwszy obrazek znowu w świetlePrzed ostatnim posiłkiem w ciemnościCzechy piękne, Czechy moje…Kiedyś będziemy dalej…Przed pierwszym posiłkiem w ciemności
Bez poczucia czasu
Zaskoczyło mnie, że z orientacją w przestrzeni nie miałam żadnego problemu, za to po pierwszym zaśnięciu całkowicie straciłam jakiekolwiek poczucie czasu. Nie wiem, czy spałam trzy godziny, czy dziesięć, ale było mi to obojętne. Słuchałam swojego ciała i nie zajmowałam się tym, na co nie mam wpływu. Choć jestem osobą, która dużo planuje,
nagle nie mogłam planować zupełnie niczego i nawet mnie to nie martwiło, co bardzo mnie zaskoczyło.
Zwykłe czynności w ciemności
Jedynym – choć równie ruchomym w czasie – stałym punktem dnia było jedzenie, które raz dziennie przynosili mi Lenka albo Tomáš. Porcje były naprawdę duże, więc dzieliłam je na kilka razy i jadłam częściej mniejsze ilości. Ponieważ ciemność była moją towarzyszką 24 godziny na dobę, ciekawie było wykonywać zwykłe
czynności całkowicie w ciemności – na przykład jedzenie czegoś, o czym nie wiem, co to jest, bardzo mnie bawiło (nie dałam sobie powiedzieć, co mnie czeka, po prostu się tym cieszyłam).
Jedyną zabawną rzeczą w orientacji w przestrzeni było to, że mniej więcej do piątego dnia ciągle omijałam rowerek stacjonarny, którego w pokoju oczywiście nie było. Tak, i to odbieram jako znak, że nie powinnam ciągle tak bardzo unikać ćwiczeń i ruchu 🙂 .
Przepracowywałam emocje
Przez trzy dni bolała mnie głowa, żołądek i trzustka, co dokładnie odpowiada moim nieprzepracowanym wtedy emocjom, poczuciu żalu, ciągłemu rozmyślaniu i tak dalej, przynajmniej tak twierdzi medycyna wschodnia, i tak, muszę przyznać, że z byle czego robiłam sobie problem i niejedno leżało mi na żołądku. Nie było to nic strasznego, dało się wytrzymać, przypisywałam to właśnie psychosomatycznemu oczyszczeniu, które było logiczne.
Co jakiś czas bolały mnie też plecy, co jednak przypisywałam nie tylko psychosomatycznemu „leczeniu”, ale też miękkiemu materacowi i długiemu leżeniu. Ale i to nie było dla mnie problemem nie do rozwiązania – miałam ze sobą małą
piłkę overball, za pomocą której rozciągałam plecy na karimacie, a także ćwiczyłam z nią, żeby wypełnić czas.
Oczyszczałam w sobie negatywną energię
Oprócz tego powtarzałam sobie mantrę Ho ́oponopono „Kocham Cię – Przepraszam – Proszę, wybacz mi – Dziękuję Ci…” i choć nigdy specjalnie w to nie wierzyłam, naprawdę mnie to uspokoiło, sprowadziło do teraźniejszości i pogodziło z samą sobą i moją drogą życiową. Z tą mantrą nadal staram się oczyszczać w sobie negatywną energię, błędne myśli, paradygmaty, schematy myślenia itp.
Co wydało mi się ciekawe
Nie będę się zbytnio rozpisywać o konkretnych obrazach, które mi się ukazywały, bo ich sensu inni i tak nie mogliby zrozumieć, wspomnę raczej o kilku ciekawostkach (przynajmniej dla mnie). Przez pierwsze dni starałam się przywoływać konkretne sytuacje, chciałam na przykład pomyśleć o kimś
konkretnym i zastanowić się nad nim, ale mózg po prostu mi na to nie pozwalał. Nie wiem, jak to możliwe, nie umiem tego wyjaśnić, ale chyba chciał zatrzymać wszelkie myślenie na siłę i otworzyć drogę przyjmowaniu tego, co przyjdzie samo. Dałam więc temu spokój i czekałam.
Ciemność była dokładnie taka samaPóźniej mogłam już świadomie coś sobie wyobrażać czy wymarzyć, ale tylko z zamkniętymi oczami, tak jak w zwykłym życiu, kiedy w ciągu dnia zamyka się oczy i wyobraża sobie, jak by to było, gdyby coś… Gdy tylko otworzyłam oczy, obraz znikał albo całkiem bladł, choć ciemność była dokładnie taka sama z oczami otwartymi i zamkniętymi. Za to kiedy miałam wrażenie z góry (tak nazywam wszystko, co przyszło do mnie samo, bez tego, żebym o to prosiła czy to sobie wyobrażała), przychodziło przy otwartych oczach albo się wzmacniało czy rozjaśniało, gdy oczy otworzyłam. To wydało mi się bardzo ciekawe.
Co „widziałam” z zamkniętymi oczami
Kiedy potem gubiłam się w tym, co sama świadomie sobie wyobrażałam (często zamki na lodzie i wymarzone wizje), a co przyszło do mnie samo (symbole, znaki), otwarcie lub zamknięcie oczu i zmiana intensywności obrazu były dobrym wskaźnikiem. Brzmi to niewiarygodnie i nielogicznie, ale tak jest… Zresztą podświadomość i nieświadomość nie pytają o logikę.
Mam wrażenie, że na początku więcej spałam i jednocześnie miałam więcej wrażeń różnego rodzaju, od zwariowanych, przez czułe, aż po wzruszające.
Piątego dnia przyszła zmiana
Zaczęły mnie męczyć natrętne świetlne wrażenia – jakby świeciły na mnie reflektory samochodu. Pojawiały się przy zamkniętych i otwartych
oczach, migały, jaśniały, męczyły mnie w różnych odstępach. Na pewno miały swój sens, którego nie odkryłam, ale tak czy inaczej była to najbardziej nieprzyjemna część pobytu. Nie wiem, czy to przez te reflektory, ale od tej pory przychodziło do mnie ogólnie mniej wrażeń, jednocześnie nie chciało mi się tak dużo spać, więc częściej się przewracałam z boku na bok, zamykałam oczy, a nuż zasnę, ale znów budziło mnie jasne światło.
Jak by to było zapalić światło?
Wierzę, że i czekanie na kolejne ciekawe wrażenie miało swój sens – miało mnie potrenować w cierpliwości i łagodzeniu wszelkiej niecierpliwości, bo kiedy po tym dłuższym etapie „obijania się” coś przyszło, było warto. Po prostu opłacało się na to poczekać. Muszę przyznać, że właśnie w takich chwilach przychodziły mi myśli, jak by to było zapalić światło, co by się stało, jak by to zakłóciło pobyt i tak dalej. Naprawdę skończyło się tylko na myślach, bo zdawałam sobie sprawę, że przez swoją niecierpliwość pozbawiłabym się kolejnych przeżyć.
Żadne „trupy w szafie”, ale rodzina…
Spodziewałam się, że będę dużo płakać, kiedy będą wychodzić na jaw jakieś trupy z moich szaf, i byłam ciekawa, czy ukaże mi się coś, czego nie będę mogła powiedzieć absolutnie nikomu… Ta obawa na szczęście się nie spełniła. Płacz dopadł mnie trzy razy, i zawsze w sprawie, której nie mogę zmienić, bo jest dana (choroba mamy, spotkanie z babcią, która nie żyje od 22 lat, sytuacja wokół taty związana z jego niechęcią, by cokolwiek ze sobą zrobić).
Nigdy nie płakałam przy wrażeniach, które dotyczyły sytuacji wokół mnie samej, mojej
obecnej sytuacji, obrazów z przeszłości (choć nie zawsze były realistyczne ani prawdziwe, za to często brutalnie symboliczne) ani wizji przyszłości (podobno napiszę książkę itp…).
Przypominały mi się piosenki
Często same z siebie przypominały mi się fragmenty piosenek wszelkiego rodzaju – od Travička zelená, przez Veď mě dál, cesto má, Čechy krásné, Čechy mé, aż po Zlaté střevíčky (co jest zresztą piosenka, której naprawdę nie lubię) i Jednou budem dál (która z kolei jest jedną z moich ulubionych) – ta zresztą odwiedzała mnie w czasie pobytu najczęściej.
Cieszyłam się, że wyjdę z ciemności na wiatr
Jak już mówiłam, cały tydzień przeżyłam w zasadzie w spokoju i z całą pokorą. Tak samo pokornie, jak cieszyłam się na ciemność, cieszyłam się też na wyjście z niej. To wyczekiwanie przyszło mniej więcej szóstego dnia, kiedy trwało dalej „obijanie się”, i jednocześnie zaczęłam najbardziej czekać nie na światło, ale na wiatr, a właściwie na ruch powietrza jako taki. Tego mi zresztą – oprócz możliwości natychmiastowego dzielenia się uczuciami z najbliższymi –
brakowało chyba najbardziej.
Czekałam, aż przyjdzie ta chwila
Szóstego dnia Lenka oprócz ostatniego posiłku przyniosła mi budzik z instrukcjami, co robić, gdy zadzwoni o trzeciej nad ranem. Byłam niecierpliwa, ale paradoksalnie dobrze zasnęłam i obudziłam się – jak szacuję – godzinę przed budzikiem. Ubrałam się i cała roztrzęsiona czekałam na dzwonek (czasu
nadal nie śledziłam, budzik był w sąsiednim pokoju, a blask wyświetlacza i tak bardziej by zaszkodził, niż pomógł). Kiedy zadzwonił, szybko według instrukcji otworzyłam domek i usiadłam w drzwiach.
Obraz, który zobaczyłam, był zupełnie nie do opisania
Między drzewami przenikał złoty kolor nieba. Lśniąco złoty, taki, jakim na gotyckich obrazach przedstawia się „wymiar poza czasem”… Coś niewiarygodnego. Świat wirował razem ze mną, naprawdę warto było siedzieć, ewentualnie przytrzymywać się framugi i rozglądać się powoli po okolicy.
Na początku mózg nie potrafił przy ruchu głową wyświetlać obrazu płynnie, były to raczej poszarpane obrazy, jakby zaciął się film. Po mniej więcej pół godzinie byłam już znowu „tu i teraz” i mogłam wyruszyć ścieżką na miejsce, z którego ogląda się wschód słońca. Była rosa, wiał lekki wiaterek, po niebie gnały chmury i słońce
nie mogło nam się więc pokazać w pełnej krasie. Jakby chciało mi powiedzieć „to nie ja mam być gwoździem Twojego pobytu, przyszłaś tu dla tego, co dla oczu niewidzialne i co zabierasz w sobie...”.
Znalazłam determinację
Zostałam na miejscu prawie godzinę i po prostu się zachwycałam. Byłam bezgranicznie szczęśliwa, oczyszczona, pogodzona, wyciszona, a jednocześnie zdeterminowana… Poszłam się przejść ścieżką aż do majestatycznie wyglądającego drzewa. Kiedy do niego doszłam, okazało się, że to nie jedno wielkie drzewo, ale „drzewna rodzina”, która – kiedy trzyma się razem – wygląda z daleka jak majestatyczne drzewo, którego nikt nie pokona…
Widziałam w tym kolejny stały punkt mojego życia – mieć wokół siebie ludzi, dzięki których obecności nic mnie łatwo nie powali….
Byłam szczęśliwa za to, co mam
Po powrocie do domku czekałam na transport i miałam więc dość czasu, żeby wsłuchać się w odgłosy natury – rechotanie żab, wiatr w koronach drzew, śpiew ptaków i wszelkie ćwierkanie, zapatrzyć się w zieleń i kolory inaczej barwne, niż zwykle się je postrzega. Byłam przyjemnie wzruszona i szczęśliwa za to, co mam…
Zajrzałam do notatek
Zabrałam się do oglądania „ciemnych” malunków i czytania notatek. Uderzyło mnie, że niektórych w ogóle nie pamiętałam, ale kiedy o nich czytałam, przypominały mi się, i to łącznie z uczuciami, które przeżywałam, gdy je widziałam. Miejscami naprawdę musiałam się śmiać, co to za bez-sens… Od razu przyszło mi do głowy,
jaki czeski jest piękny język, że bez-sensu nie muszę rozumieć tylko jako głupoty, ale też jako czegoś, czym nie rządzą zmysły, co jest poza nimi…
Jakie przesłanie to ze sobą niesie?
Takie poczucie przenikało zresztą cały mój pobyt – kiedy na chwilę odebrano mi wzrok zewnętrzny, został zamieniony na wzrok wewnętrzny, któremu na co dzień nie miałam
tylu okazji się oddawać. Nie mówiłam sobie, że ukazują mi się głupoty, choć komuś mogłoby się tak wydawać, ale starałam się odkryć, co ta nielogiczność chce mi zasugerować, co by to mogło znaczyć, jakie przesłanie ze sobą niesie.
Podobno cała pojaśniałam i się uspokoiłam
Swoimi wrażeniami od razu po powrocie do domu podzieliłam się z najbliższymi, którzy wspierali mnie w decyzji o tym pobycie, choć może nie wszyscy go rozumieli. Mama na przykład powiedziała mi, że świetnie wyglądam, choć miałam na sobie to samo, co już nieraz wcześniej. Podobno cała pojaśniałam i się
uspokoiłam. Nie była jedyną osobą, która mi to w pierwszym tygodniu po ciemności powiedziała. Więc może coś w tym jest 🙂
A jak ogólnie oceniłabym swój pobyt miesiąc z kawałkiem później? Wciąż czuję się zharmonizowana i wewnętrznie wyciszona, po prostu ponad tym.
Dlaczego zdecydowałam się na pobyt w ciemności?
Wiem, że przyszłość mam w swoich rękach i że podróż w głąb swojej duszy musiałam odbyć właśnie po to, żeby być wewnętrznie silniejsza i żeby zaakceptować samą siebie oraz ludzi i sytuacje wokół siebie i móc wyruszyć ku lepszym dniom dzisiejszym i jutrzejszym, bo wczorajszych nie ma sensu rozgrzebywać. Przy tym rozważaniu trafnie przypomniała mi się myśl z jednej książki – co drapiesz, to się nie zagoi… I tego staram się teraz trzymać i nie drapię się bardziej, niż to konieczne…
A co mi to zabrało?
Wątpliwości, lęki, napięcie z niespełnionych oczekiwań innych ludzi, potrzebę zaplanowania wszystkiego do ostatniego szczegółu i związany z tym stres. Czyli nie zabrało mi to niczego, czego sama chętnie bym się nie pozbyła 🙂 .
Muszę powiedzieć, że przez cały tydzień właściwie nie przeżyłam żadnej ciężkiej chwili, żadnej paniki, aż sama się trochę dziwię… W nieregularnych odstępach zaglądam do swoich notatek nie tylko po to, żeby przypomnieć sobie wszystko piękne, co mnie w ciągu tego tygodnia spotkało, ale też po to, żeby odkryć w nich kolejne przesłania i ewentualnie rozszyfrować kolejne symbole. Jestem przekonana, że wszystko ma swój czas i niczego nie należy przyspieszać…
Na koniec…
Przepraszam, wiem, że moje wyznanie jest może za długie i zbyt szeroko ujęte, ale chciałam przedstawić wszystkie okoliczności związane z moim pobytem.
Dziękuję Lence i Tomášowi za umożliwienie mi tego odrodzenia (trudno to wyrazić słowami, ale po prostu czuję się wewnętrznie inaczej) i mocno wierzę, że za rok i
dzień… Albo po prostu kiedyś indziej znowu się zobaczymy.
pobyt w ciemności był dla mnie niesamowitym przeżyciem! Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że było pięknie, chociaż chwilami bardzo trudno. Piszę dopiero teraz, bo chciałam sprawdzić, jakie to ma długofalowe efekty. A efekty są!
Jestem teraz dużo spokojniejsza, rozważniejsza i nie przejmuję się wszystkim tak bardzo. Cieszę się chwilą „tu i teraz” i nie zamartwiam się tym, co będzie jutro (oczywiście z umiarem). Na mojej drodze świeci mi teraz uśmiechnięte słoneczko, a ja po prostu się tym cieszę 🙂 .
Co do problemów, na które wpadłam w ciemności, dobrze jest o nich wiedzieć. Wiele rzeczy mi się dzięki temu wyjaśniło i na pewno przyda mi się to także w przyszłości.
Odkryłam, że lubię siebie taką, jaka jestem – i że każdego dnia jestem inna, nie boję się często zmieniać zdania i chcę być otwarta na wszystkich i na wszystko, co czasem boli. Mimo to lubię siebie i lubię tu być i uczyć się wciąż od nowa.
Wszyscy znajomi kręcą głową nad moim pobytem w ciemności, ale mnie to nie obchodzi. Nawet ich rozumiem – na ciemność człowiek musi być w pewien sposób psychicznie przygotowany. Dla mnie to było bezcenne doświadczenie i przeżycie. A dzięki waszej opiece tym bardziej. Jak już mówiłam Tomášowi, ten mały, piękny domek jest jak macica, a człowieczek jest w nim jak małe niemowlę, chronione przed wszystkimi problemami i troskami otaczającego świata.
Może więc w spokoju zająć się tym, czego potrzebuje. A dwoje wspaniałych „bogów”, jak mówi Jaroslav Dušek, troszczy się tam o niego. Było cudownie,.. jeszcze raz wielkie dzięki i może kiedyś do zobaczenia.
Boże, jak ten czas leci. Jakby to było wczoraj, kiedy podjęłam jedną z najlepszych decyzji w moim życiu, czyli postanowiłam przyjechać do was i spróbować pobytu w ciemności. Muszę powiedzieć, że ze wszystkich tych ofert pobytów w ciemności to wy i wasze podejście byliście najbliżsi mojemu sercu.
Jak do tego doszło
No ale jak to się właściwie zaczęło. O terapii ciemnością dowiedziałam się, a jakżeby inaczej, od mojego „inspiratora” Jaroslava Duška, który mówił o tym publicznie już dawno i napisał o tym nawet książkę, i bardzo mnie to zaciekawiło, jednak na jakiś czas wyleciało mi to z głowy. Ciemność odezwała się w mojej głowie sama, kiedy ni stąd, ni zowąd po prostu nabrałam ochoty, żeby to zrobić. I nie trwało to długo, a już pakowałam plecak na drogę.
Wszystko zaczęło się od przyjazdu pociągu do Bykáni, a ponieważ była piękna pogoda, postanowiłam przejść tych parę kilometrów pieszo przez przyrodę, żeby mieć czas to wszystko przetrawić i nacieszyć się ekscytacją przed pobytem w domku. Zdjęłam więc buciki, a ponieważ jestem niepoprawną miłośniczką chodzenia boso, postanowiłam przejść tę drogę na bosaka. Kiedy tak zachwycam się przyrodą, dołączył do mnie sympatyczny chłopak, który przypadkiem szedł tam, gdzie ja, czyli też na pobyt w ciemności. Droga minęła nam bardzo szybko i nawet się nie zorientowaliśmy, a już podchodziliśmy do bramy domu, w którym mieliśmy spędzić kolejne dni.
Muszę powiedzieć, że otoczenie mnie po prostu oszołomiło, piękny domek w pobliżu lasu, wszędzie przyroda i spokój. Mniej więcej tak zawsze wyobrażałam sobie, że chcę mieszkać. W pobliżu 4 małe domki, które czekały na swoich nowych gości. Po chwili rozglądania się dookoła przyszedł Tomáš, pokazał nam, gdzie będziemy mieszkać, i zapoznał nas z zasadami.
Nie było nic, tylko ciemność.
Muszę przyznać, że jeszcze nie bardzo chciało mi się wchodzić do środka, więc kręciłam się jeszcze wokół domku i cieszyłam się pięknem okolicy. Pod wieczór w końcu się zdecydowałam, zamknęłam domek i zgasiłam światło. Nie robiłam z tym wielkich ceregieli, po prostu zgasiłam i czekałam, co będzie. Nie było nic, tylko ciemność. Czarna jak smoła ciemność, która rozciągała się wszędzie. Zaczęło mnie to bawić.
Poczułam wolność i swobodę bycia
Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to myśl, że wróciłam na sam początek, mniej więcej tak to chyba wyglądało na początku wszystkiego. Razem z tą myślą przyszedł pomysł, żeby rozebrać się do naga, chociaż miałam przygotowane rzeczy na przebranie, ta wersja wydała mi się o wiele bardziej znamienna i odpowiednia, żeby nie być przez nikogo ani nic ograniczaną, nawet przez coś tak zwyczajnego jak ubranie. Nagle poczułam tę wolność i swobodę bycia, być nagą pośrodku niczego, gdzie nic nie widzisz, nic nie słyszysz i nikt nie widzi ciebie. To było takie wyzwalające uczucie. Naga zostałam w końcu przez cały mój pobyt. W domku można było regulować temperaturę, więc było tam bardzo przyjemnie.
Cieszyłam się tą chwilą obecną, żadnej przeszłości, żadnej przyszłości, tylko tu i teraz. Tego właśnie potrzebowałam. Nie być ograniczoną ani czasem, ani przestrzenią. Głowa w ogóle nie zajmowała się głupotami jak zwykle. Zostałam tylko ja. W takim stanie byłam może godzinami, kto wie. Moim pierwszym odkryciem było to, że psychicznie jestem chyba w zupełnym porządku, bo nie dopadły mnie żadne fale rozpaczy ani uczucie lęku, żadna panika, stres czy klaustrofobia. Na powierzchnię nie wypłynęły żadne lęki, blokady ani negatywne wzorce myślenia. Nic takiego nie czułam. Raczej przeciwnie.
Czułam się bezpiecznie
Ciemność odbierałam bardzo przyjemnie, jak swoją przyjaciółkę, w której objęciach czułam się bardzo dobrze i bezpiecznie. O dziwo, tutaj, w tej ciemności, sama daleko od domu czułam się bezpiecznie. Mogłam robić, co chcę, być w tej chwili, czym chcę, po prostu być sobą. To poczucie bezpieczeństwa i spokoju było nie do zastąpienia.
Wszystko było intensywniejsze
Po jakimś czasie zasnęłam, w ogóle nie wiem, na jak długo, nikt mi nie przeszkadzał, więc nie wiedziałam, czy jest dzień, czy noc. I było mi to obojętne. Prawdę mówiąc, właśnie tak mi to zupełnie odpowiadało. Po przebudzeniu czułam, że mózg przełączył się już na tryb węchu i dotyku, bo wszystko czułam o wiele intensywniej. Dotyk dłoni był intensywniejszy, smak jabłuszka wyraźniejszy, po prostu wszystko było jakieś inne, prawdziwsze.
Ale co mnie dość zaskoczyło, to że teraz, bardziej niż kiedykolwiek, chciałam mieć obok siebie kogoś, z kim mogłabym się w tej ciemności przytulać i głaskać, tak po prostu, pośrodku ciemności, gdzie czujesz tylko dotyk, nie odbierasz rzeczy wokół i po prostu oddajesz się temu uczuciu zespolenia. No ale musiałam to bardzo szybko wyrzucić z głowy, inaczej chyba bym zwariowała. Chociaż był ze mną w pokoju Orlando Bloom wydrukowany na pościeli, to wymagało czegoś bardziej fizycznego.
Dałam się nieść chwili
Potem znowu zasnęłam,, myślę, że przez pierwsze dni tylko spałam. W kolejne dni oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, więc nie wpadałam już czołem na ściany i zaczęłam się całkiem dobrze orientować w przestrzeni. W ciągu dnia często medytowałam, bo przychodziło mi to bardzo łatwo, próbowałam też wydobyć z siebie odpowiedzi na pytania, które mnie ostatnio dręczyły, ale jakoś nie nadchodziły. Więc dałam temu spokój i znowu pozwoliłam się nieść chwili.
Co to miało znaczyć?
Nawet nie wiem, który to był dzień, kiedy zaczęłam sobie mówić, że to chyba wszystko, już nic innego chyba nie przeżyję. Siedziałam na podłodze oparta o ścianę i gapiłam się przed siebie. W ciągu kilku chwil coś jednak zaczęło się dziać, zaczęłam odbierać swoje ręce, jakby stały się przezroczyste, chociaż fizycznie ich nie widziałam , ściany zaczęły się zmieniać, widziałam, jak się przybliżają i znowu oddalają, zmieniały nawet kształt i strukturę. Wtedy już myślałam, że zaczynam wariować. No ale to, co przyszło potem, totalnie mnie zmiotło.
Zupełnie wyraźnie widziałam, jak na ścianie wyświetlają mi się obrazy. Pierwszy obraz przedstawiał jakąś kobietę o długich białych włosach w ciemnoniebieskiej szacie, z opaską we włosach z symbolem węża. Wiedziałam, że to jakaś kapłanka. Nie wiem, kto to był ani czy nie było to jedno z moich poprzednich wcieleń, kto wie. Zaraz potem pojawił mi się na ścianie w żywej postaci tygrys, który jakby chował się w wysokiej trawie, i widziałam, jak szczerzy na mnie zęby, a obok niego lampart, który tak sobie spokojnie leżał i patrzył. Ten widok widziałam tak żywo, jakbym siedziała w kinie i patrzyła na ekran.
Długo musiałam to przetrawiać i do dziś na próżno próbuję dojść, co to miało znaczyć. W każdym razie zdarzało mi się, że w tej ciemności widziałam światło, jasnozielone światło wychodzące jakby z jednego punktu. Ale kiedy próbowałam spojrzeć w tamtą stronę, od razu znikało. Wiedziałam, że to bzdura, że nie ma żadnej realnej podstawy, żeby gdzieś tutaj było światło. Ale było. To była gra mojego mózgu ze mną. Tak więc razem z mózgiem rozgrywaliśmy partię kto kogo, aż do końca mojego pobytu, który minął bardzo szybko.
Powrót do światła świata
Ostatniego dnia miałam nastawiony budzik na 3 rano, jeszcze zanim zaczęło świtać, żeby oczy powoli przyzwyczaiły się do światła. Ta faza była dla mnie najzabawniejsza. Mogę powiedzieć, że na trzeźwo nigdy nie byłam w stanie upojenia 😀 Motoryka w ogóle nie działała i zataczałam się jak pijana. Kiedy wyszłam z domku, wszystko się ze mną kołysało i od razu zwaliłam się w trawę. Gdyby ktoś wtedy patrzył na mnie z boku, na pewno pomyślałby, że mam w sobie co najmniej 4 promile. Ale potem to się ustabilizowało, a ja czułam się spokojna, zadowolona i wypoczęta.
Przez cały ten czas czułam się tam cudownie. Uwolniona z więzienia ciała, czasu i przestrzeni. To było przeżycie, którego do śmierci nie zapomnę. W tej ciemności spotkałam samą siebie i otrzymałam dar poczucia własnej wartości. Przestałam porównywać swoje życie z innymi i zaczęłam doceniać to, co sama osiągnęłam, zarówno na poziomie fizycznym, jak i duchowym. Taki dar jest błogosławieństwem. Teraz już widzę to, czego wcześniej nie widziałam, jak bardzo jestem wyjątkowa.
W tej ciemności odkryłam swoje światło.
I za to, droga Lenko i Tomášu, nigdy nie zdołam wam wystarczająco podziękować.
Z szacunkiem i serdecznymi pozdrowieniami Katka, Praga.
Mój pobyt w ciemności odbył się na przełomie maja i czerwca. Zaczął się przyjemnie długim snem z zaskakująco żywymi i kolorowymi marzeniami sennymi. Towarzyszyły mi przez cały pobyt. Po przebudzeniu potrafiłam bardzo dobrze je sobie przypomnieć i myślałam, że każdy z nich nadawałby się do ciekawej analizy…
Co ja tu będę robić cały tydzień sama?
Po pierwszym przebudzeniu, kiedy otworzyłam oczy i uświadomiłam sobie, że jestem tu w ciemności, ogarnął mnie niepokój na myśl, co ja tu będę robić cały tydzień sama… a na zewnątrz tak pięknie… Po chwili przyzwyczaiłam się do ciemności, przyszło poczucie oddania się sytuacji, którą przecież sama wybrałam, i przez pierwsze 3 dni baaardzo dużo spałam i śniłam. Przyjąć sytuację i iść krok po kroku. Nie zadręczać się rozważaniami o przyszłości.
Do ciemności zabrałam ze sobą szamański bęben, misę tybetańską, jeden kamień, papier i kredki.
Ale ciemność wcale nie była ciemna…
Po pierwszych dniach spania myślałam, że przyrosłam do łóżka. Nawet do toalety nie chciało mi się wstawać. Kiedy łóżko przestało być wygodne, położyłam się na macie na podłodze i po prostu wpatrywałam się w ciemność. Ale ciemność wcale nie była ciemna, przed oczami przewijały się sytuacje z dawnego i obecnego życia. Przypominały mi się głęboko schowane przeżycia z dzieciństwa. Mogłam to wszystko oglądać jak film. Niektóre przynosiły emocje radości, niektóre smutku, niektóre po prostu neutralnie przepływały. Przynosiły ze sobą głębsze zrozumienie siebie i mojego życia.
W ciemności widziałam kształty
To, co coraz bardziej odciągało mnie od myśli, to światła, a czasem też kształty, które pojawiały mi się w ciemności. Najczęściej powtarzała się mozaika w kształcie kwiatu życia, prześwietlona kolorami.
Zjawiska świetlne towarzyszyły mi bez przerwy i z czasem stawały się coraz intensywniejsze. Postrzegałam światło wychodzące z ciała w okolicy klatki piersiowej i wokół głowy. Zaczęłam sobie z tego żartować i mówiłam sobie, że stopniowo zaczyna mi się rozjaśniać. 🙂 Jakby ktoś zapalił przyciemnione światełko nad głową albo po bokach.
Czułam…
Od 3.–4. dnia zaczęłam rano i wieczorem ćwiczyć powitanie słońca, tai chi i inne ćwiczenia. Potem medytowałam, grałam na bębnie i misie. Pięknie było odbierać dźwięki w taki niezakłócony i pełniejszy sposób.
Wszystkie zmysły oprócz wzroku (który mógł odpocząć) jakby budziły się w ciemności.
Udawało mi się pogłębiać medytację, a przyszło przy tym ważne dla mnie uświadomienie, jak istotne jest otwieranie serca. Siła, która się w nim kryje, jest uzdrawiająca zarówno dla mnie, jak i dla bliskiego i dalszego otoczenia. Nie powinnam o tym nigdy w życiu zapomnieć, tylko tę uzdrawiającą siłę wspierać i rozwijać.
Doczekałam się!
Ostatniej nocy przed pobudką już prawie nie spałam i z podekscytowaniem czekałam na otwarcie drzwi i wyjście na zewnątrz. Doczekałam się i poszłam obserwować wschód słońca 🙂 . Ptaki przy tym pięknie koncertowały, a ja mogłam cieszyć się świeżym powietrzem i zmieniającymi się kolorami aż do świtu i jasnego letniego dnia.
Gdybym miała to opisać jednym słowem, to… wdzięczność.
Na pobyt w ciemności zapisałam się prawie rok temu. Od chwili, kiedy usłyszałam o pobytach w ciemności, kusiło mnie to, ale trochę mi zajęło, zanim zebrałam się na odwagę, żeby się na jeden zapisać. Kiedy trafiłam na tę stronę, która ujęła mnie dokładnością i serdecznym podejściem, po przeczytaniu kilku relacji ludzi, którzy przeszli pobyt, postanowiłam, że w to wchodzę. Przez cały rok miałam sporo obaw, jak sobie tam poradzę – nie tyle z powodu ciemności, co raczej tego, że będę przez tydzień zamknięta w małym domku sama ze swoimi myślami (jestem typem człowieka, który ciągle zasypuje się informacjami, dokształca się, coś czyta itd. albo coś robi). Zastanawiałam się, czy nie wziąć ze sobą jakiegoś instrumentu muzycznego albo czegoś, czym mogłabym się zająć.
Rok szybko minął, a ja bardzo się rozwinęłam. Postanowiłam bowiem zacząć robić rzeczy, których się boję, i słuchać swojej intuicji. Tak przezwyciężyłam kilka lęków, poszerzyłam swoją świadomość i bardzo się wyciszyłam. Przed rozpoczęciem pobytu nie miałam już obaw. Wzięłam ze sobą tylko ubrania i kosmetyki i poszłam w to z przekonaniem, że dam radę i że to będzie ciekawe doświadczenie.
W ciemności na chwilę zgasiłam sobie światło
Zakwaterowałam się i spróbowałam na chwilę zgasić światło. Wcześniej nawet nie przyszło mi do głowy, jak wielka będzie tam ciemność. Trochę mnie to przestraszyło. Przypomniałam sobie, że jako mała dziewczynka bałam się tak wielkiej ciemności. Potem przypomniał mi się mój ulubiony cytat: „Ciemność to tylko brak światła.” Całkiem mnie to uspokoiło. Przez chwilę chodziłam po ciemku po domku z komórką w ręce, zanim nabrałam pewności, potem zjadłam, umyłam się i zgasiłam na dobre.
Od początku pobytu leżałam w łóżku albo na karimacie i obserwowałam strumień swoich myśli. Były takie same jak zwykle (na moim obecnym etapie rozwoju :)), emocje czy coś negatywnego się nie pojawiały. Zasnęłam przy włączonej klimatyzacji, więc trochę się przeziębiłam i dostałam zapalenia dróg moczowych. Napaliłam sobie, dużo piłam i po południu byłam już w porządku. Bóle jak przy zapaleniu powtórzyły się kilka razy rano, bo w nocy, kiedy miałam wyłączone ogrzewanie, pomieszczenie zawsze trochę się wychładzało, a do tego czułam ucisk, bo podczas pobytu w ciemności nie byłam w stanie pójść na grubszą potrzebę. Normalnie przy zapaleniu czymś się zajmuję, żeby nie skupiać się na bólu, więc ciekawie było radzić sobie z nim tylko za pomocą własnego umysłu.
W ciemności zobaczyłam światło
Pierwszego dnia pobytu nagle, ni stąd, ni zowąd, zaczęłam czuć pulsujące białe światło wewnątrz głowy, głównie na lewo od czoła i pośrodku czoła. Trudno to opisać, jakbym je widziała i czuła, przenikało mnie. Najpierw się tego bałam, jednocześnie trudno mi się oddychało i cała drżałam. Potem zaczęłam je przyjmować i obserwować. Tak samo jak swój ból przy zapaleniu. Światło wracało do mnie kilka razy dziennie. Całe dni spędzałam, ciesząc się obserwowaniem strumienia swoich myśli i wizyt światła, w międzyczasie tylko jadłam i spałam. Zaskoczyło mnie też, jak zmienił się zapach mojego ciała – zaraz po pierwszym wieczorze pachniałam jak coś pomiędzy miodem, owocami i mlekiem. Zapach był tak silny, że Lenka pytała mnie, co tam tak pachnie 😀 Wizyty Lenki i Tomáša i jedzenie były przyjemne, ale trochę wybijały mnie ze skupienia. Następnym razem chyba pójdę do ciemności bez przewodników i bez jedzenia.
Ostatniego dnia pobytu nie mogłam się doczekać, aż wyjdę na zewnątrz i zacznę nowy kierunek w życiu, który układałam sobie w myślach. Pobyt w ciemności potwierdził mi, że idę właściwą drogą.
Dźwięki z zewnątrz pomagały mi w ciemności
Każdego dnia orientowałam się w czasie dzięki śpiewowi ptaków i wieczornemu cykaniu świerszczy i rechotaniu żab. Rozkoszowałam się dźwiękami czegoś, czego przez cały tydzień nie mogłam zobaczyć, myślałam o tym pięknie na zewnątrz, o tym, jak kocham światło i przyrodę. Więc powrót do światła był absolutnie magiczny. Wstałam wcześnie rano i spędziłam kilka godzin, obserwując wschód słońca i spacerując po okolicznych lasach. Pięknie było znowu widzieć.
Pobyt w ciemności zdecydowanie wszystkim polecam. Dokądkolwiek zmierzacie, przekroczenie swoich lęków i swojej strefy komfortu popchnie was do przodu i pomoże wam znaleźć siłę 🙂
Pozdrawiam,
Marie
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepszą obsługę, używamy technologii takich jak pliki cookie do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak zgody lub jej wycofanie może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest ściśle niezbędny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosił subskrybent lub użytkownik.
Statystyki
Przechowywanie lub dostęp techniczny, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie lub dostęp techniczny, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.