Minął rok, odkąd przeszłam tygodniowy pobyt w ciemności. Właściwie nawet nie wiem, czy udało mi się już przetrawić wszystko, co przyniósł. Nawet po tym wszystkim, co przeczytałam przed wejściem w ciemność i samotność, miałam tylko mglisty obraz tego, jak będzie wyglądał. Rzeczywistość i tak była bardzo daleka od wszelkich opisów i wyobrażeń.
Dlaczego zdecydowałam się pójść w ciemność?
Chciałam „porozmawiać” ze swoją chorobą i zrozumieć, skąd się wzięła i co skrywa. Czego się obawiałam? Jestem trochę strachajło, więc ciemność była wyzwaniem sama w sobie. Do tego, czym wypełnię cały ten czas. Dziś te obawy wydają mi się śmieszne.
Największą „grozą” było spotkać się ze swoimi wewnętrznymi demonami, lękami i głębokim wewnętrznym bólem. A przecież zajrzałam tylko do niektórych tajemnych komnat. Mamy w sobie bowiem jakiś filtr czy zawór, który nie pozwala przekroczyć granicy tego, co jesteśmy w stanie unieść. Mimo to byłam na skraju załamania. Z trudem znajdowałam siły. A nie miałam pojęcia, że najgorsze dopiero przede mną…
Jak to przebiegało?
Pierwsze trzy dni były całkiem w porządku. Umysł zdążył je bowiem „wymyśleć”. Pod koniec trzeciego dnia zaczęły jednak napierać uczucia, a ciało chętnie wzmacniało je objawami fizycznymi. Nie pomagały ćwiczenia ani medytacja. Jeszcze nigdy nie wypłakałam tylu łez, jeszcze nigdy nie czułam takiej grozy przed przyszłością, strachu przed śmiercią, bólu po stracie i z powodu spodziewanej straty, strachu przed umieraniem, poczucia daremności i nicości.
Muszę się jednak pochwalić, że nie przyszło mi do głowy, żeby przedwcześnie zakończyć pobyt. Całkiem miłe odkrycie, bo moim zwyczajem zawsze była ucieczka.
Jak wyglądał powrót do światła?
Najgorsze przeżycie z całego pobytu. Cieszyłam się na koniec w przekonaniu, że z pierwszymi promieniami słońca znów znajdę grunt pod nogami. Tymczasem przyszło coś, co powaliło mnie na dno: ” Panie Boże, czego ja właściwie chcę na tym świecie? Co ja tu ze sobą zrobię?” To był cios!
Poszłam w ciemność po uzdrowienie, a wyszłam ze świadomością, że właściwie nie wiem, po co ani jak żyć, z poznaniem, że życia boję się bardziej niż śmierci. To była taka groza, że w drodze do domu nawet wyobrażałam sobie (tylko bałam się do tego przyznać), jak zginę w wypadku samochodowym. Nie chciałam tylko, żeby coś się stało tacie, który mnie wiózł.
No i jak to wygląda po roku?
Trudno powiedzieć, czy ciągle czegoś sobie nie wmawiam, ale choć choroba wciąż tu jest, potrafię żyć. Strach nie zniknął i wiem, że zawsze tu będzie. Tak samo jak poczucie daremności, nicości, żalu. Ale są tu też ich przeciwieństwa. Wciąż boję się śmierci, umierania, straty, bólu i życia, ale żyję i sprawia mi to radość. Jeszcze nie pozbyłam się całkiem wewnętrznych ograniczeń, ale jest ich znacznie mniej. Czasem mam poczucie, że wszystko jest do niczego, że wszystko robię źle, ale zawsze pojawia się coś, co daje mi odczuć, że nie jest tak źle. Życie wciąż rzuca mi kłody pod nogi, ale ja już tak bardzo się przez nie nie załamuję, a nawet dość często mam odwagę i siłę, by stawić im czoła. Zobaczyłam samą siebie i odkryłam, że to, kim jestem, nie zależy od wykształcenia, płci, aktualnego stanu zdrowia, ale od postawy wobec siebie, wobec życia. Tu mam jeszcze mnóstwo pracy. A ja chcę pracować i moim największym marzeniem jest to dzieło dokończyć.
Wam obojgu, Tomáši i Lenko, dziękuję za wszystko i życzę, żeby wam się wiodło.
Daniela


