608 08 33 33

Jakub – pobyt w ciemności w urodziny

Minął jakiś miesiąc, odkąd byłem u was, i sporo się wydarzyło. A tak jak zapewnił mnie Tomáš, że wszystko jest tak, jak ma być, tak też to odbieram. Czasem chyba tym wkurzam swoje otoczenie, ale w sumie mam to gdzieś :o)

Kiedy prawie rok temu wpisałem się do kalendarza na listopad, myślałem sobie, że to cała wieczność, zanim dostanę się na pobyt w ciemności, no i tak jeszcze wcześniej szukałem innej opcji, szybciej niż u was, i nawet znalazłem. Było to gdzieś na Morawach, ale za to już w lipcu, więc zacząłem się cieszyć, że to już zaraz (był luty :o)).

No ale potem termin terapii ciemnością oddałem w ostatniej chwili mojemu najlepszemu kumplowi, który potrzebował tego bardziej i od razu.

Wszystko jest tak, jak ma być

I jak mówiłem, wszystko jest tak, jak ma być, i doczekałem się listopadu.

Początek był na luzie, przyjechałem po wymagającym weekendzie na Szumawie, gdzie byłem na oddychaniu holotropowym.. (też mogę polecić), więc padłem dość szybko i spałem. Pierwszego dnia miałem wrażenie, że nie mogę zatrzymać swojego głosu w głowie, co mi się prawie nigdy nie udaje :o), więc zabrałem się do ćwiczeń, grania na gitarze i poznawania domku, żeby zaspokoić tę swoją rozumową część.

Kiedy wreszcie przyjdzie ta duchowość?

Miałem wrażenie, że potem przyjdzie ta część duchowa, ale ten głos ciągle tam był i męczył :o) … nie, no nie, ale chyba byłem, jak to się mówi w sporcie, przemotywowany i spodziewałem się, że cały tydzień będę latał po astralach.

Nic takiego nie nastąpiło, miałem tylko więcej czasu, żeby obserwować emocje i wspominać przeżycia, zarówno przyjemne, jak i negatywne. A to wzbudzało we mnie te emocje dość mocno, chyba o wiele mocniej niż na świetle w Matriksie.

Pobyt w ciemności w urodziny

Jedną część pobytu poświęciłem planowaniu, na którym na razie się skończyło. Z ciemności wyszedłem na swoje 35. urodziny i niezbyt się nimi nacieszyłem, bo przyjechałem do domu jak zbity pies. Całą ostatnią noc prawie nie spałem, bo w ciągu tygodnia przestawił mi się rytm i sporo odpoczywałem w dzień. Więc rodzinka, która spodziewała się wypoczętego chłopa, co tydzień leżał do góry brzuchem, była trochę zaskoczona, ale i tak to było cudowne spotkanie.

Powitanie rano od Tomáša było super. „Witaj w świetle” i uścisk. Bardzo fajne uczucie. Przepiękny wschód słońca, a potem herbatka w bardzo przyjemnej atmosferze waszej rodziny.

Bardzo pomogły mi rozmowy z przewodnikami pobytu w ciemności, a ponieważ pościłem, pobyt w ciemności był dla mnie czekaniem na nasze rozmowy, przygotowywaniem pytań i rozmyślaniem nad odpowiedziami.

Życzę wszystkim mnóstwo radości, a psiakom szynki od kości :o)

Jakub

Aleš – bałem się pobytu w ciemności

pobyt_w_ciemnosci_strachPrzyznam się, że zawsze byłem raczej bojaźliwym człowiekiem i pobytu w ciemności oczywiście też się bałem. Co zaskakujące, tylko do chwili, kiedy rozpocząłem pobyt w ciemności i zgasiłem światło. Jak chyba każdy nie potrafiłem sobie wyobrazić siedmiu dni w ciemności w samotności, choć w zwykłym życiu w ogóle nie mam problemu, żeby spędzać mnóstwo czasu sam ze sobą. Nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, że odmówię rozmowy z przewodnikiem i nie będę chciał z nikim rozmawiać. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że nie będę chciał wychodzić z ciemności.

Pobyt w ciemności w rzeczywistości

W rzeczywistości na początku podchodziłem do mojego pobytu w ciemności trochę jak do ćwiczeń wojskowych, ale po 2-3 dniach to się zupełnie rozpłynęło i zacząłem przeżywać niezwykle głębokie i przyjemne medytacje. Z ćwiczeń wojskowych zrezygnowałem, bo przypadek, kiedy taki rodzaj deprywacji jest wykorzystywany jako tortura, bardzo różni się od pobytu w ciemności jako terapii ciemnością, kiedy przynoszą Wam niewiarygodnie smaczne jedzenie i odnoszą się do Was miło i przyjaźnie. Same medytacje nie były jednak najlepsze. Po medytacji zwykle kładłem się na jakiś czas (szacuję od 30 min. do 2 godzin) i przeżywałem coś, czego nie potrafię do końca dokładnie opisać – w zasadzie sama medytacja trwała dalej, jeszcze głębiej. Osoba wierząca, którą w ścisłym sensie nie jestem, opisałaby to pewnie tak, że „dotknął jej Bóg”. Przydarzyło mi się, że (nie)przeżyłem NIC. Żadnych myśli, emocji, lęków, obaw, ale też żadnych przypływów szczęścia, radości w takim sensie, w jakim znamy ją ze zwykłego życia. Mimo to w tym stanie bardzo często płynęły mi łzy połączone z uczuciem błogości i czułem coś, czego nigdy wcześniej nie czułem ani nie potrafiłem sobie wyobrazić. Albo może przeżyłem, kiedy byłem zakochany, ale to była na swój sposób jakaś świadoma miłość.

Pobyt w ciemności w sobie samym

Dość często miałem poczucie, że nawet nie chcę, żeby ktoś do mnie przychodził, mimo to raz czy dwa poprosiłem Tomáša o rozmowę, która dzięki jego dużej wrażliwości i otwartości oraz mojej wrażliwości i otwartości (którą w moim przypadku wywołała ciemność) wiele mi dała i bardzo Ci za te chwile dziękuję, Tomáši!

Oczekiwanie kryzysu podczas pobytu w ciemności

Na koniec powiedziałbym, że byłem przygotowany na kryzys, który na pewno nadejdzie, i będę musiał walczyć. Tym bardziej byłem zaskoczony, kiedy żaden kryzys nie przyszedł. Na pewno nie było łatwo, ale – strach jako taki, przymus zapalenia światła, wcześniejszego wyjścia, rzucenia tego – nie pojawił się ani razu. Ostatniej nocy nie mogłem spać, bo wiedziałem, że rano wychodzę, a ja nie chciałem wychodzić. Cieszyłem się na rodzinę, to na pewno bardzo, ale może dzięki temu, że mój pobyt w ciemności przebiegał dość gładko, ani trochę nie chciało mi się wychodzić.

Znowu się zakochałem

Powrót do domu był niesamowity – moja żona znów była najpiękniejsza ze wszystkich, a ja zakochałem się na nowo, jakbym miał 15 lat. Chłonąłem każde jej słowo i cieszyłem się każdym kroczkiem naszej córki. Czyste, czyściutkie piękno. Na przyszłość myślę już o dłuższym pobycie albo o takim samym pobycie połączonym z postem.

Bardzo Wam obojgu dziękuję!

Aleš

Anna – załamanie podczas pobytu w ciemności

Droga Lenko i Tomášu,

już od kilku dni myślę o tym, żeby spisać swoje odczucia z pobytu w ciemności, ale wciąż jakoś nie mogę znaleźć słów, myśli i uczucia są takie pogmatwane.

Najlepiej wyraziłabym to wszystko uczuciem…..wiem, że nic nie wiem .

Pobyt w ciemności i jak to się zaczęło

Mniej więcej rok temu usłyszałam intuicyjne wołanie i znalazłam informacje o pobycie w ciemności. Wyszukałam w internecie informacje, przeczytałam artykuły, znalazłam Was, zarezerwowałam termin, zapłaciłam zaliczkę, przyszło mi potwierdzenie terminu i dopiero wtedy zadałam sobie pytanie, co ja zrobiłam……do przyjazdu jeszcze tak daleko.

Od tej chwili wszechobecna była myśl, że jadę na pobyt w ciemności. Jakoś przyspieszyło wszystko, co działo się wokół mnie, wszystko się kończyło, zamykało, osiągało szczyt i niewiarygodnie mnie wyczerpywało. Czułam, że pobyt w ciemności będzie dla mnie nowym początkiem, i dlatego muszę wszystko zamknąć, zakończyć i niczego ze sobą nie brać…..i tak też się działo.

Nadszedł dzień pobytu w ciemności, strach, wyczerpanie tym, co przeżyłam, zamęt, ale też lekko radosne oczekiwanie, wszystko się zmieni, teraz będzie już tylko lepiej.

W domku się rozejrzałam, wzięłam prysznic, zgasiłam światło, usiadłam na łóżku i czułam się szczęśliwa, jestem tutaj i wszystko może się zacząć……połączyłam się z domkiem, miejscem, ciemnością i zostawiłam wszystko wszechświatowi…..udało mi się zasnąć…….

Przebudzenie, a razem z nim głos w głowie, który został już do końca pobytu. Przebudzenie było dla mnie szokiem, strach, rozpacz, beznadzieja, panika i chęć, żeby uciec. Nawet nie wiem, dlaczego nie uciekłam i wytrzymałam do przyjścia Lenki. Tylko płakałam, że nie dam rady i chcę do domu……. Lenka usiadła przy mnie, pogłaskała mnie i powiedziała, że mogę odejść …..to uważam za przełom, po prostu dzieliła ze mną mój strach, nie namawiała mnie, nie stawiała diagnozy i nie oceniała, zaproponowała, że może przyjść do mnie jeszcze raz. Odmówiłam i umówiłyśmy się, że spróbuję dać radę do następnego dnia.

Dałam radę kolejnego dnia i przyszedł Tomáš, i kolejna rozmowa. Coś się między nami trojgiem działo…miałam poczucie, że mieliśmy się spotkać, a pobyt w ciemności był tylko narzędziem tego spotkania. Pewnie tak miało być i kolejne trzy dni przeżyłam połączona z Lenką i Tomášem, a wszystko zmieniło się w dniu, kiedy Lenka przyniosła mi jedzenie, powiedziała mi wszystko, co uważała za konieczne, i mnie przytuliła. W tym przytuleniu była miłość, zrozumienie, a przede wszystkim współczucie i ulga. Kolejne dni były już tylko o mnie, moim życiu, moich iluzjach, oczekiwaniach, wyobrażeniach.

Jestem zagubiona i nieszczęśliwa

Uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem zagubiona, nieszczęśliwa i wyczerpana. Dziś wiem, że musiałam to poczuć, żeby fałszywie nie udawać, że ze wszystkim sobie radzę, żeby ciągle nie wywierać na siebie presji musisz, dasz radę……jeszcze to, a potem to, a gdzie jest radość z tego, żeby po prostu być.

Ciemność i Ja. Bardzo szybko miałam wrażenie, że ciemność to tylko brak światła….jakbym wszystko widziała i nie widziała, to nie do opisania uczucie. Ciemność pozwoliła mi się załamać, wypłakać hektolitry łez, zwolnić hamulce bólu i rozpaczy. W ciemności ćwiczyłam, medytowałam, byłam na granicy między czuwaniem a snem, śpiewałam, tańczyłam, rysowałam……..ciemność nie ogranicza, jest tak samo inspirująca jak światło.

Głos w głowie podczas pobytu w ciemności

Głos w głowie……o, to będzie długi rozdział. Nie dało się przed nim uciec, okłamywał, podszeptywał, zawsze się do czegoś przyczepił i rozwijał historię….przełom i głos serca, kto chodzi do kina ciągle na ten sam film, i to jeszcze na taki szmirowaty . Czy ja jestem głosem w głowie, jak się z nim utożsamiam, jak wpływa na moje życie, moje zdrowie, moją rzeczywistość…kto może zmienić ten głos, ile miejsca zajmuje w moim życiu…..to była dziwna gra i przeżyłam na własnej skórze to, co tyle razy słyszałam, czytałam i czego nie rozumiałam. Teraz mam to przeżyte, trochę bardziej rozumiem i mogę wpływać na swoją rzeczywistość, na to, jak się czuję, jak siebie postrzegam.

Ciemność i jedzenie. Napiszę tu tylko to, co inni…. Kuchnia Lenki i gotowanie z miłością, zachwycające…. Ale bardzo zaskoczyło mnie jakieś dziwne połączenie z jedzeniem, albo ze sobą, tego naprawdę nie wiem…..zawsze zjadałam tylko tyle, ile było potrzeba, i ani łyżki więcej. To mnie naprawdę zaskoczyło. Uroczystą chwilą było dla mnie picie herbat ziołowych, kiedy przez zioła potrafiłam wydostać się na zewnątrz i czuć połączenie z wszechświatem, udawało mi się to zawsze przy piciu herbaty. To były zachwycające chwile.

Po zakończeniu pobytu niesamowicie cieszyłam się na powrót do domu, do moich bliskich, i byłam na szczycie szczęścia, że mogę po prostu być, po prostu być w miłości.

Po pobycie w ciemności uczę się wszystkiego od nowa

Jak żyję dziś. Jak po załamaniu. Uczę się wszystkiego od nowa, patrzeć na siebie, na świat, wszystko ograniczające, wszystko inspirujące……naprawdę nie wiem. Zostawiłam za sobą dużo bólu, strachu, obaw……nieśmiało idę ku radości, miłości, dzieleniu się, tworzeniu, byciu. Stawiam małe kroczki, wszystko jest jakieś nowe i jeszcze nie da się tego dobrze opisać….jak pisałam na początku…wiem, że nic nie wiem.

Z całego serca dziękuję Wam za to, że mogłam się załamać, za poczucie nadziei.

Trzymajcie się bardzo dobrze.

Z miłością i szacunkiem Anna

 

P.S. Imię uczestniczki pobytu w ciemności zostało zmienione w celu zachowania anonimowości.

Pavla – pół roku czekania na pobyt w ciemności było tego warte

Na pobyt w ciemności byłam zapisana już ponad pół roku. O tym doświadczeniu myślałam już kilka lat temu, ale jak to zwykle bywa, nauczyciel pojawia się dopiero wtedy, gdy uczeń jest gotowy.

Pobyt w ciemności we wschodnim sanktuarium

Decyzja zapadła i pozostało już tylko znaleźć termin. Kusił mnie wschodni domek, więc szukałam daty pobytu także według tego „pragnienia”.

Już kilka tygodni przed pobytem wspomniałam kilku przyjaciołom o swoim zamiarze. A im więcej o tym mówiłam, tym więcej docierało do mnie pytań, które skłaniały mnie do jakichś oczekiwań – „Po co tam jadę?” „Co tam będę robić?” „Czy nie boję się samotności, ciszy, ciemności?” Nie chciałam tego wszystkiego do siebie dopuszczać ani się nad tym zastanawiać, więc już z nikim za bardzo o tym nie rozmawiałam. Trema w ostatnim tygodniu przed pobytem jednak trochę była – powiedziałabym, że z powodu samej podróży i nieznanego.

Podróż do Lomca była naprawdę ciekawa J. Wyjeżdżałam pociągiem z Brna i czekały mnie prawie 4 godziny jazdy. Kiedy kupowałam bilet do Bykáně, pani w okienku powiedziała mi z uśmiechem na ustach, że nie miała pojęcia, że taki przystanek istnieje, a pracuje w ČD od 17 lat J. „Super”, pomyślałam sobie…jadę do zapomnianych krain…już to było kuszące. Ciekawe było też to, że po kolei trzy osoby dosiadły się do „mojego” przedziału i po jakimś czasie odkryły (a raczej dopiero wtedy, gdy przyszedł konduktor), że wsiadły do złego pociągu. Co tu myśleć…oczywiście przyszło mi do głowy, czy i ja „nie jadę w złym kierunku” – ale w nieco bardziej duchowym sensie.

Podróż pociągiem poza tym jednak szybko minęła i zdążyłam przeczytać książkę (Słońce zachodzi na wschodzie), którą dostałam od przyjaciółki…właściwie też o takiej podróży.

Na pobyt w ciemności nie pojechałam sama 🙂

W Kolínie przesiadłam się do „ciuchci” do Bykáně. Kiedy zapowiedziano ten przystanek jako następny, ktoś z pasażerów rzucił się do drzwi, chociaż stacji jeszcze nie było widać. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to że to mój „współciemnik” (wymyśliłam nowe słowo 🙂 i też ruszyłam do drzwi. Kiedy wysiedliśmy, ten pasażer szedł przede mną, a ja już otwierałam usta z pytaniem na wargach „czy przypadkiem nie idzie pan też do Lomca do ciemności?”. Nie zdążyłam nawet zadać pytania, bo w tej chwili odwrócił się do mnie i zapytał, czy też idę do Lomca J. Roześmialiśmy się i razem wyruszyliśmy na piękny spacer.

Droga minęła bardzo przyjemnie dzięki rozmowie, podziwianiu widoków, odrobinie błądzenia, dzieleniu się uczuciami związanymi z nieznanym itp. Przed celem jeszcze chwilę posiedzieliśmy i poczekaliśmy na „trzeciego współciemnika”. Za chwilę przyjechał…wiedzieliśmy, że to on…błądził autem po wsi, a nas to bawiło. Już tutaj na pełnych obrotach zaczęła pracować moja intuicja. Zawsze wszystko przygotowuję z wyprzedzeniem – plan drogi, którędy pójdę itp. Tym razem nie byłam zbyt dokładna i wcale mnie to nie denerwowało. Wiedziałam, że nie muszę znać drogi – znał ją ten pasażer, a do tego wiedziałam, że mamy jeszcze poczekać na tego „trzeciego J.

Po powitaniu i zadomowieniu się zadzwoniłam jeszcze do swoich bliskich, a ostatnie, co widziałam na zewnątrz, to był zachód Słońca. Ze zgaszeniem światła trochę zwlekałam, zjadłam jeszcze kolację z domu, poukładałam swoje rzeczy, żeby wiedzieć, gdzie co mam, a potem z lekką niepewnością zgasiłam światło.

Miałam ze sobą swoje ulubione kamienie, kredki, blok i innych „przyjaciół”, którzy pokazywali mi światło, kiedy ciemność była zbyt głęboka. Każdego dnia zapisywałam swoje uczucia, przeżycia, pomysły, rysowałam itp. Do dziś służy mi to jako spojrzenie, wgląd, informacja zwrotna, uchwycenie chwil, kiedy byłam „w sobie”…i dokąd mogę w każdej chwili wrócić J.

Powiedziano nam, że pierwsze dni zwykle się przesypia. Cieszyłam się na to. Hm…to oczekiwanie się nie spełniło. Przez cały tydzień nie spałam porządnie. Chociaż normalnie śpię spokojnie i bez problemów, zasypiam w mgnieniu oka i nie budzę się w nocy, tutaj wszystko się odwróciło. O dziwo jednak nie byłam zmęczona.

Ciekawe było to, że wystarczało mi nie tylko mało snu, ale także uczucie głodu się zminimalizowało. Jadłam 2 razy dziennie i często nawet nie dojadałam przygotowanego jedzenia. Dotarło do mnie, że głodny jest mój wzrok, a nie moje ciało. I widzę to także teraz, po miesiącu, kiedy często jem, chociaż wcale tego nie potrzebuję. Po prostu to widzę i nabieram na to ochoty. Więc dla mnie obowiązuje: czego oczy nie widzą, tego żołądkowi nie żal J.

Dni mijały mi bardzo szybko. Często w medytacjach docierałam tak daleko, że po powrocie do „rzeczywistości” miałam wrażenie, jakbym „gdzieś” spędziła nieskończenie długi czas.

Nauczyłam się bardziej obserwować swoje myśli, dostrzegać swoje potrzeby i wsłuchiwać się w nie, i docierać do swojego wnętrza. Ciemność i spokój to wspierają i do dziś, kiedy chcę się bardziej „wczuć” w siebie, szukam spokoju i ciemności albo zamykam oczy.

Myślę, że wyostrzyła się też moja intuicja i jestem pewniejsza jej głosu, kiedy ma mi coś do powiedzenia. Poznałam to nawet po tak banalnych rzeczach jak „szukanie” przedmiotu w ciemności. Kiedy chciałam coś wziąć do ręki, dokładnie wiedziałam, gdzie to jest, nie szukając. Wiedziałam też, kiedy przyjdzie Lenka, a kiedy Tomáš, a nawet wiedziałam, o co Lenka zapyta.

Kilka razy zdarzyło się, że zaprosiłam do domku strach i nieprzyjemne myśli. Nie byłam jednak jeszcze gotowa, żeby bliżej się z nimi poznać, więc dość łatwo wykopałam je za drzwi. Może można powiedzieć, że ciemność jest także po to, żebym poznała również te „postacie”. Dla mnie ważniejsze było jednak odkrycie, że myśli mogę obserwować, a także wykopać z głowy, kiedy ich nie chcę, albo pokonać strach za pomocą pozytywnych myśli i „uobecnienia się”.

Ostatnia noc pobytu w ciemności

Ostatniej nocy nie mogłam się doczekać, kiedy odetchnę świeżym powietrzem. Przywitał mnie włochaty przyjaciel Charlie, który dniami i nocami trzymał straż przy naszych domkach (bardzo mu za to dziękuję), a także jeden współciemnik (ten pasażer). Było mi cudownie…byłam taka szczęśliwa i jednocześnie taka dumna, że dałam radę J. Wybuchu energii nie da się nawet opisać. Czułam pełnię życia i euforię.

Pobyt w ciemności był dla mnie w sumie poznaniem kolejnych własnych możliwości i przebudzeniem intuicji. Wiem, że potrafię być sama (ze) sobą, pokonać strach przed nieznanym, cieszyć się spokojem i być tu i teraz.

Teraz, po miesiącu, mogę powiedzieć, że pobyt w ciemności był pewną trampoliną, bramą, za którą rzeczy nagle są…inne…wiem, że nic nie jest stałe…wszystko się zmienia…coś samo, swoją naturą, coś z woli i chęci, z pragnienia lepszego, szczęśliwszego i bardziej zrównoważonego życia J

Może jeszcze wyruszę w drogę do ciemności, żeby bliżej poznać swoje lęki…a może też nie…może już nie wpuszczę ich do swojego życia…

Za możliwość dzielenia się, wglądy, odwiedziny i wspaniałe jedzenie dziękuję Tomášowi i Lence

Pavla

Irena – miesiąc po pobycie w ciemności

Miejsce na pobyt w ciemności zarezerwowałam mniej więcej w lutym tego roku. Wtedy miałam mnóstwo planów, do czego wszystkiego w ciemności dojdę. Jak poukładam sobie ścieżkę zawodową, wyjaśnię sobie, co właściwie chcę robić, poukładam sobie relacje partnerskie, żebym wreszcie mogła spotkać tego właściwego, poukładam swoją relację z pieniędzmi, żebym ich wreszcie od siebie nie odpychała, i w ogóle w ciągu jednego tygodnia doprowadzę do porządku całe swoje życie.

Strach przed pobytem w ciemności

Jednocześnie było to dla mnie wyzwanie w sensie przezwyciężenia strachu przed ciemnością. Ale w miarę jak mijały miesiące, przychodziły do mnie sytuacje, które zmuszały mnie do składania mojego życia do kupy na bieżąco. A potem przyszedł wrzesień i czas wyjazdu. Moim jedynym celem było już tylko odpocząć, porządnie się wyspać i wytrzymać w ciemności cały tydzień. Wieczór przed wyjazdem spędziłam z partnerem i jego kolegami, co okazało się bardzo dobrym posunięciem, bo w sobotę było mi tak niedobrze i byłam tak zmęczona, że stres przed zgaszeniem światła się nie pojawił, a ja naprawdę bardzo cieszyłam się na tę chwilę.

W ciemności pierwsze dni przespałam

Pierwsze dwa dni przespałam, a potem mniej lub bardziej się nudziłam. Ciągle czekałam, kiedy coś przyjdzie, a nic nie przychodziło. W końcu pojawiło się to w postaci snu i późniejszego rozpracowania tego snu. Bardzo pomógł mi w tym Tomáš, któremu dziękuję 🙂 potem przyszło jeszcze parę uwewnętrznień niektórych rzeczy, które już wiedziałam, ale czym innym jest wiedzieć, a czym innym przeżywać.

Przed końcem pobytu w ciemności miałam mdłości

Wieczorem przed wyjazdem dopadł mnie ogromny strach, co jeśli wszystko będzie inaczej, kiedy wrócę do domu, i bardzo somatyzowałam. Miałam mdłości, trzęsłam się…

Przejście do światła było trudne, mocno kręciło mi się w głowie i do „normalności” doszłam dopiero około pierwszej po południu.

2015-08-12 14.23.28

Pobyt w ciemności i jedzenie

I jeszcze parę słów o jedzeniu 🙂 było absolutnie wyśmienite. W ciemności smaki są bardzo wyraziste, a ja na dodatek nie dałam sobie powiedzieć, jakie niespodzianki mnie czekają, więc moje kubki smakowe dosłownie eksplodowały pod naporem wspaniałych smaków. I za to bardzo dziękuję Lenče 🙂

Dziękuję wam obojgu

Irča

Věra – pobyt w ciemności, pająki i pokora

spider-1370180-640x480Witam was, Roudziątka, i coś tu dla innych uczestników wypociłam :)))!

Pobyt w ciemności

Gdy tylko pierwszy raz usłyszałam o terapii ciemnością, od razu mnie to przyciągnęło, żeby przeżyć takie doświadczenie. Na youtube wysłuchałam kilku relacji innych ludzi, baaardzo ładny jest dokument ” V objetí tmy”, przeczytałam też książkę Jaroslava Duška „Tvarytmy”. Tak wyszkolona wyruszyłam pewnej soboty we własną drogę przez ciemność do państwa Roudów, których strona internetowa przekonała mnie, że będę w najlepszych rękach.

Po miłym powitaniu z rodziną i ich pięknymi psiakami dokładnie obejrzałam swoje przyszłe sanktuarium ( wszystkie moje obawy przed pająkami czyhającymi gdzieś w kącie się rozwiały – wszystko było czyściutkie, jaśniutkie i łatwe do orientacji w ciemności) i moja tygodniowa droga przez ciemność zaczęła się od zgaszenia światła.

Bezkompromisowa ciemność

Ciemność była zupełna, stuprocentowa i bezkompromisowa, jakiej w mieście nigdy nie da się przeżyć. Poprosiłam ją, żeby była dla mnie przyjazna, koleżeńska i chroniła mnie przez cały tydzień, co naprawdę spełniła…..żadne lęki, nieprzyjemne przeżycia ani obawy przed tak długim czasem w ciemności nie przyszły do mnie przez cały ten czas. Przeżywałam raczej dziwne świetlne zjawiska, nazywałam je tapetami 3D, kiedy na ścianach i suficie tworzyły się różne wzory, np. kamienne ściany jak w jaskini albo ozdobne kraty, także różne meble i obrazki, tapety w kwiaty….i wszystko jakby wychodziło ze ścian i przekrzywiało ściany i sufit, który na przykład opadał w dół….było to niezwykle ciekawe i na przykład droga do toalety bywała wspaniałą przygodą – wszystko działo się jednak tylko w szarych, niezbyt ostrych odcieniach. Każdy ma to w ciemności chyba inaczej, dla mnie był to uspokajający, refleksyjny i medytacyjny czas, którego w zwykłym zgiełku i pośpiechu codziennego życia nie sposób znaleźć.

Tomáš i Lenča wspaniale troszczyli się o nas troje (w trzech domkach). Ich przyjście, każdego dnia o innej porze, było dla mnie punktem zaczepienia, że minął znowu jeden dzień, a druga połowa pobytu przynajmniej mnie zaczęła mijać szybciej.

Zakończenie pobytu w ciemności

Nagle nadszedł ranek, kiedy znowu….bardzo powolutku…ujrzałam to niezmierne piękno bycia w świetle, które człowiek, który nie przeżył dłuższego czasu w ciemności, przyjmuje zupełnie automatycznie. Ciemność dała mi wielką pokorę, świadomość i poczucie szczęścia, że mogę być małą częścią tego piękna, które każdego dnia, wciąż na nowo, jest nam dane przeżywać.

Dzięki Tomášowi i Lence za to wyjątkowe i wspaniałe przeżycie. Wszystkim polecam pobyt w ciemności, bo po wyjściu na światło wartości życia mieszają się trochę inaczej :)))!

Z uśmiechem, miłością i pokorą pozdrawia was wszystkich Věra.

Martin – ciemność, światło i mucha

Przed pobytem w ciemności – światło

Początek mojego tygodniowego pobytu w ciemności był klasyczny… krótko po zgaszeniu światła położyłem się i zasnąłem. Tej pierwszej nocy przyśnił mi się sen, że przechodzę terapię ciemnością, ale z jakiegoś powodu znalazłem się znowu na zewnątrz, w świetle dnia. Ponieważ o pobycie w ciemności myślałem już od dłuższego czasu i cieszyłem się na niego, za wszelką cenę próbowałem dostać się z powrotem do swojej komórki. Zupełnie mi się to nie udawało. Kiedy potem rano się obudziłem, uświadomiłem sobie, że na szczęście nigdzie nie wyszedłem, że wciąż jestem w ciemności, i dosłownie zalało mnie uczucie radości. Świetny początek!

Po przebudzeniu nastąpiło niezbędne rozpoznanie otoczenia, zorientowanie się w przestrzeni, poranna toaleta i, ze względu na ograniczoną przestrzeń, niezbyt udana próba rozciągnięcia ciała na karimacie. Potem nastąpiło przeplatanie się pozycji leżącej i siedzącej, czuwania i snu. Przy pierwszej wizycie Lenki opowiedziałem jej swój sen i dowiedziałem się, że jedna pani w domku obok już rozważa zakończenie terapii. Znów uświadomiłem sobie, jak dobrze się czuję, i byłem za to bardzo wdzięczny.

Pierwsze nietypowe wrażenia pojawiły się drugiego dnia, kiedy przy szybszych zmianach pozycji zaczęły mi się pojawiać przed oczami drobne „mroczki”, jakby migały małe światełka. Z każdym kolejnym dniem te światełka pojawiały się częściej, także przy niewielkich ruchach. Najpierw przypominały mi małe iskry. Później, w miarę jak rosła intensywność, miałem raczej wrażenie stroboskopu migającego gdzieś na dyskotece, a w końcu przybrało to postać odbicia promieni słonecznych na tafli stawu, które figlarnie puszczały urocze „zajączki” w moje oczy, czy to otwarte, czy zamknięte.

Później te świetlne wrażenia dało się wywołać także bez ruchu, samym skupieniem. Zaczęło mi się nawet udawać uspokoić to miganie i zamienić je w stałe światło. Nietrudno było odkryć, że światło nie przychodzi z zewnątrz, tylko od wewnątrz. Jego ognisko znajdowało się w okolicy klatki piersiowej i najbardziej zalewało dolną część twarzy aż po powieki. Przy wyciszeniu i wewnętrznym skupieniu wzmacniało się i oświetlało całą twarz dosłownie nierzeczywistym blaskiem. Miało biały, aż złocisty odcień. Moja własna obserwacja potwierdziła mi w ten sposób wiedzę zdobytą już wcześniej, że wewnątrz nas znajduje się światło, że my jesteśmy tym światłem, tą energią. W pewnej chwili wyobraziłem sobie, jak to nasze małe, pozornie oddzielone światełko wraca po zakończeniu wcielenia z powrotem do źródła, i zalało mnie niezwykle intensywne uczucie błogości i rozkoszy. W głowie pojawiły mi się dwa słowa: fenomenalna sprawa!

Ciemność – ja i mucha

Wrócę jeszcze do początku, kiedy przed zgaszeniem światła oglądałem w domku pomieszczenia i zobaczyłem na ścianie muchę. Przyszło mi do głowy, że nie musiałaby to być tu akurat najlepsza towarzyszka, i muchę usunąłem.

Później, mniej więcej w połowie tygodnia, przy zasypianiu, w półśnie, miałem krótką wizję, w której nie wiadomo skąd, bardzo blisko przed moim lewym okiem, pojawiła się głowa jakiegoś owada z wielkimi oczami. Moje oko jakby tworzyło przestrzeń oddzielającą nas od siebie i przez nie gapiliśmy się na siebie. Przypominało to łudząco scenę z filmu akcji, kiedy patrzysz z okna biura w wieżowcu w szyby czarnego helikoptera tuż przed tym, zanim otworzy do ciebie ogień. Ta wizja trwała kilka sekund, wystarczająco długo i intensywnie, żebym dobrze ją zapamiętał.

Następnego dnia Lenka przyniosła mi jak zwykle świetne jedzenie, a kiedy po jej wyjściu zamknęły się za nią drzwi, krótko potem w ciemności rozległo się nagle charakterystyczne bzyczenie. To było powitanie. Po nim nastąpiło zapoznanie. Mucha rozpoczęła naloty z jednej strony na drugą, w górę, w dół, we wszystkich kierunkach. W pomieszczeniu o powierzchni kilku metrów kwadratowych człowiek zaczyna się wtedy czuć jak w Pearl Harbour podczas ataku japońskich myśliwców kamikaze. Kiedy tracimy jeden zmysł, podobno wzmacniają się pozostałe, żeby tę stratę zrekompensować. Przy utracie wzroku automatycznie wyostrza się więc słuch! Nietrudno sobie wyobrazić, jakie wspaniałe przeżycie akustyczne potrafi wtedy zaoferować taka mucha w tej małej przestrzeni w ciemności. Po wylataniu kilku kilometrów na szczęście nawet mucha się męczy, siada i cichnie. W tej pozycji zostaje zwykle dokładnie do chwili, kiedy zaczynasz zasypiać. Wtedy znowu odpala swoje silniki turbo i możesz być pewien, że ruszy w kierunku twojego nosa albo ucha. Kiedy potem z niewiarygodnym łoskotem próbuje dostać się do środka twojego ucha i trzepocze wokół skrzydłami, wyciszony terapią ciemnością człowiek ma wrażenie, jakby lądował na nim duży ptak, co najmniej wielkości kruka J

Następnego dnia jedzenie przyniósł Tom i na moje pytanie, co by można zrobić z muchą, mówi: nic, za dzień, dwa mucha zdechnie. Mam to podobno traktować tak, że pojawiła się tam z jakiegoś powodu i że tak ma być. Od razu dorzucił historię o medytującym samuraju, któremu na nosie siada mucha. Mieczem przecina ją na dwie części. Każdej z tych części odrasta ciało i z jednej muchy robią się dwie. Samuraj wszystkie likwiduje i po chwili ma wokół siebie cały rój much. Ładna historia, ładna puenta. Akceptuję muchę, nie walczę z nią, żeby problem nie narastał, pozwalam mu się rozpuścić. I rzeczywiście, mucha słabnie, jest coraz cichsza, nalotów ubywa.

Kolejnego dnia przy dostawie jedzenia już nawet nie pamiętam o musze i cieszę się chwilą. Ale tylko do momentu, kiedy za Lenką zamykają się drzwi i po chwili znów rozlega się znajome bzyczenie. Tym razem jednak mocniejsze. W odwiedziny przybyła bowiem najwyraźniej świeża mucha, młodsza, nowe pokolenie. Mucha z zapałem wielokrotnie przewyższającym zapał tej pierwszej. I naloty zaczynają się od nowa… J Ostatniej nocy dowcipny Wszechświat zastąpił muchę komarem… J

Wracając do terapii ciemnością …

Przez całą terapię ciemnością czułem, jak ciemność z miłością obejmuje mnie w swoich ramionach. Nieskończona ciemność bez żadnych granic. Piątego dnia, kiedy siedziałem na podłodze, dosłownie mnie zmroziło. Nagle zacząłem mieć wrażenie, że rozpoznaję zarys swojej nogi. Po prawej stronie obok mnie było jakby jaśniejsze miejsce, a kiedy machnąłem ręką, zasłaniałem je. Zaczynałem mieć wrażenie, że widzę też przestrzeń pokoju. Dostałem gęsiej skórki. Było to nieoczekiwane i miało do tego zaskakująco nieprzyjemny, posępny odcień. Czekałem, co będzie dalej, ale ku mojemu zaskoczeniu po chwili to zniknęło i znów zapanowała ciemność. Ponownie tego wywołać już mi się nie udało. Zostało tylko nieprzyjemne uczucie, przy którym, nie wiem czemu, przypomniała mi się księżniczka z baśni Bajaja, jak wchodzi do smoczej jamy… Kiedy potem po chwili znów się położyłem i zasypiałem, pojawiła się krótka wizja dziecięcego łóżka z kołdrą i zmieniającymi się obrazkami zwierząt. Dotarło do mnie, że to scena z mojego dzieciństwa, więc próbowałem głębiej się w to zanurzyć i z tym pracować. Było to niezwykle ciekawe i czułem, że także oczyszczające. Ostatnio coraz bardziej skłaniam się ku teorii, że nie wystarczy być tylko pozytywnie nastawionym „optymistą na siłę”, ale że jeśli człowiek chce być zdrowy psychicznie i fizycznie, to swoje traumy i blokady prędzej czy później i tak po prostu musi oczyścić.

Przez cały tydzień przeplatały się u mnie różne uczucia i nastroje, a ja łatwo dostrzegałem wychylenia emocjonalnego wahadła w jedną albo w drugą stronę. Raz na przykład zaraz po przebudzeniu odczuwałem w ciele tak przyjemny przepływ energii, że nabrałem przekonania, że terapia z każdym dniem robi się ciekawsza i że dla prawdziwych „koneserów” jeden tydzień to przeklęcie mało. Innym razem z kolei zadawałem sobie pytanie, co ja tu właściwie robię, skoro już dawno wiem, że powinienem iść drogą radości w chwili obecnej. Docierało do mnie, że jedno ludzkie życie jest zbyt krótkie, żeby je zmarnować na robienie rzeczy, których robić nie chcemy, i na kłótnie o coś, co właściwie wcale nie jest ważne.

Na zakończenie o moim pobycie w ciemności …

Po pobycie w ciemności łatwiej jest mi teraz uświadamiać sobie tę samą świetlistą naturę wszystkich istot żywych i absurd prób wywoływania wrażenia oddzielenia i odmienności jednego od drugiego. Potrafiłbym sobie dlatego wyobrazić wprowadzenie obowiązku przechodzenia terapii w więzieniach, gdzie przebywają ludzie najbardziej zagubieni w iluzji oddzielenia. Na zarzuty w rodzaju , że przestępców nie można zmuszać do pójścia w ciemność wbrew ich wolnej woli, odpowiedziałbym pytaniem, czy przypadkiem już sam fakt, że muszą być zamknięci w więzieniach, nie jest wbrew ich wolnej woli? Ale żeby prawu wolnej woli stało się zadość, zaproponowałbym przestępcom skrócenie wyroku w zamian za przejście terapii ciemnością J

Lenka poprosiła mnie, żebym w opisie swoich wrażeń i doświadczeń opisał także te ewentualnie negatywne (to sympatyczne podejście osobiście szczególnie doceniam). Długo trwało, zanim w ogóle przypomniało mi się coś, na co mógłbym jakoś „negatywnie” wskazać. No więc…może tylko drewniana podłoga mogłaby nie skrzypieć, elektryczny grzejnik przy stygnięciu czasem głośno trzaskać, a brodzik przywitałbym trochę większy 🙂

Poza tym poleciłbym energetyczne oczyszczanie pomieszczeń-domków, w których moim zdaniem osiadają najróżniejsze energie po poprzednich gościach, którzy zmieniają się tu w dość dużej liczbie. Idealnie widziałbym tu urządzenie Somavedic, które takie rzeczy niezawodnie oczyszcza (mam z nim prawie dwuletnie doświadczenie). Myślę, że ciemność sama w sobie nie potrafi tych rzeczy usunąć, bo wtedy ciemne podziemne lochy zamkowych katowni, w których dochodziło do aktów przemocy, musiałyby należeć do najczystszych miejsc. Że tak nie jest i zostają tam negatywne odciski energetyczne, wie chyba większość z nas…

Moje wielkie podziękowania należą się Lence i Tomášowi za to, że oferują ludziom tę możliwość. Wielkie podziękowania za ich całościową opiekę nad klientami. Specjalne podziękowania dla Lenki za jej świetne, urozmaicone jedzenie o wspaniałych smakach, najwyraźniej przygotowywane z miłością.

DZIĘKI!!!

Martin

Miesiąc po terapii ciemnością ….

Pobyt w ciemności wciąż wspominam jako ciekawe doświadczenie. Trochę zajrzałem w swoje wnętrze. Pośredniczyły mi w tym jednak nie tyle wizje, co raczej emocje, myśli, intuicja. W tej ciemności i ciszy dało się obserwować różne ciekawe rzeczy, na przykład to, że słowa są połączone z obrazami. Kiedy wypowiem słowo dom, w umyśle pojawia się obraz domu. To automatyczny i krótki proces, którego zwykle nie zauważamy. Potwierdza mi to teorię, że jeśli rzeczywistość wokół nas jest projekcją naszych wewnętrznych wyobrażeń (obrazów), to najwyraźniej dobrze jest uważać na to, co mówimy, o czym rozmawiamy. Tworzymy to w ten sposób. Ma to dla mnie sens. To ważne przesłanie zwłaszcza dla wiecznych „pesymistów, narzekaczy i malkontentów”, my już sobie to na szczęście uświadamiamy.

Najciekawsze było chyba doświadczenie z tym wewnętrznym światłem, o którym wspomniałem wcześniej. Jesteśmy ze światła, rośliny żywią się światłem, zwierzęta roślinami albo innym mięsem, które jest znowu tylko „zmagazynowanym” światłem. Moglibyśmy żyć tylko ze światła, gdybyśmy nie mieli programów o konieczności jedzenia.

Mnie osobiście nie kusi, żeby definitywnie przejść na odżywianie praną i wyrzec się jedzenia. Kusi mnie w tym jednak ta wolność wyboru. Nie jeść tylko dlatego, że muszę i że jestem od tego uzależniony, ale dlatego, że chcę. Dziś wiem, że jeśli nie będę jadł 21 dni (po moim poście), to przeżyję. To taka dwudziestojednodniowa pewność wolności. Ja jednak dość chętnie przywitałbym wolność trwałą, czyli wiedzieć, że mogę w każdej chwili odstawić jedzenie na dowolnie długo, a potem w każdej chwili znowu do niego wrócić. To byłby moim zdaniem stan idealny. Aż tak bardzo jednak za tym nie tęsknię, po prostu podoba mi się ta myśl. Pewnie powinienem jednak zacząć od tego, że przestanę się przejadać i odbierać sobie tym energię 🙂 Przestać jeść przy pierwszym uczuciu sytości zamiast mojego obecnego „przy trzecim uczuciu przejedzenia”! 🙂

Na pytanie, czy podczas pobytu w ciemności się nie nudziłem, odpowiadam, że nudą bym tego nie nazwał. Brak zajęć, owszem, ale pod nudą wyobrażam sobie coś trochę innego. Tutaj przez cały czas wiedziałem, że coś się dzieje, nawet jeśli tak to nie wygląda. Tę bezczynność sobie zaplanowałem, więc właściwie przez cały czas „realizowałem” tam swój plan… 🙂 Faktem jest jednak, że każda zmiana pozycji, kilka kroków do toalety, pójście po herbatę – wszystko to były niewiarygodnie przyjemne urozmaicenia, dosłownie przeżycia, te chwile wspaniale smakowałem. Nie cierpiałem więc, ale faktem jest, że cieszyłem się, kiedy będę to miał za sobą.

Przypomniało mi się jeszcze, że kiedy zacząłem się skupiać na tym miganiu i ono ustaliło się w stałe intensywne światło, nagle zacząłem słyszeć przepiękne odgłosy nocnej, śpiącej dżungli, takie, jakie znam z wypraw do peruwiańskiej Amazonii. Dokładnie tak, jak kiedy człowiek po zakończonej ceremonii ayahuaski spoczywa w ramionach nocy i delektuje się tym połączeniem z naturą, z Wszechświatem…. jeszcze pierwszego wieczoru w domu słyszałem te odgłosy dżungli, teraz już nie.

W ciemności często przypominała mi się ayahuasca. Jakżeby inaczej, obie poszerzają świadomość, prowadzą do tego samego celu, tylko każda trochę inną drogą. Podczas gdy ciemność to takie powolne rozpinanie bluzki guziczek po guziczku, to ayahuasca jest rozerwaniem bluzki jednym szarpnięciem 🙂

Tyle mój dodatek do pobytu w ciemności.

Martin

Týna – ciemność jest moją aksamitną przyjaciółką

Cześć Lenčo i Tomášu,

księżyc dojrzał od pełni do pełni, a ja przypomniałam sobie, jak w jego blasku wychodziłam z sanktuarium.

Wciąż noszę w sobie poczucie wdzięczności za wszystko, co podczas pobytu w ciemności zyskałam i odnalazłam, a także za to, od czego ciemność mnie uwolniła.

Po pobycie w ciemności czuję się tak, jak nigdy wcześniej.

W moich odczuciach przez ten miesiąc nic się nie zmieniło.

Zwykła ciemność, która kiedyś w przeszłości bywała nawet złowroga i nieprzewidywalna, jest teraz aksamitna. Stała się przyjaciółką.

Już na zawsze promienie słońca będą świecić trochę inaczej, bo nie tylko na powierzchnię ciała, ale i w jego wnętrze.

Tak jak tamtego ranka nad Lomcem.

Ciekawe jest też to, co się pokazało po powrocie. Moje otoczenie zauważyło zmianę.

Dociekają, w czym jestem inna. Mówią, że uśmiecham się jakoś inaczej, jakby od środka. Że widać spokój, który mogą ze mną dzielić.

Ot tak, po prostu. Jak to możliwe? Nie wiedzą.

Ja wiem i nie mówię.

Pozdrawiam was i jeszcze raz dziękuję

Týna

Tomáš – na terapii ciemnością po 12 latach więzienia

Cześć Tomáš,

piszę, żeby podzielić się przeżyciem z ciemności.

Z chrześcijaństwem zetknąłem się pierwszy raz, kiedy miałem 8, 9 lat, i jakoś mnie to ominęło.

Kiedy miałem 12 lat, starszy o rok kumpel opowiedział mi o reinkarnacji, w którą od razu spontanicznie uwierzyłem i wiedziałem, że tak jest. Ale przez całe lata wiedziałem o niej tylko tyle, że po śmierci odchodzę do świata duchowego, a potem znowu się rodzę, i nie szukałem głębszego znaczenia. Z biegiem lat czasem coś niecoś do mnie docierało i horyzont powolutku się poszerzał, ale przebudzenie przyszło dopiero wtedy, kiedy trafiłem do więzienia na długie 12,5 roku i dotarło do mnie, że stało się to, co nie powinno było się stać, i że powinienem zmienić swoje życie.

Nie jestem szczęśliwy z tego, co się stało, ale z tych lat szczęśliwy jestem, bo wiele mi dały. Znalazłem swoją duchową Drogę i wykonałem kawał pracy nad sobą.

Przez ostatnie 4 lata w więzieniu pracowałem jako opiekun przy fizycznie niepełnosprawnych więźniach w zakładzie karnym w Pardubicach i byłem zdecydowany zrobić wszystko, żeby móc pracować jako opiekun także na wolności. Po wyjściu zrobiłem kurs sanitariusza i kurs pracownika usług socjalnych i jestem przekonany, że zrobiłem wszystko, żeby pracować jako opiekun, ale się nie udało.

Wiedziałem, że będzie mi ciężko i że powinienem szukać alternatywy, w której odnalazłbym się tak samo jak w pracy opiekuna. Myślałem o tej alternatywie, ale nic nie wymyśliłem i utknąłem przy tym opiekuństwie.

Na początku marca kumpel mówił mi, że na Wielkanoc jedzie na oddychanie holotropowe i czy nie pojechałbym też, ale ja mu powiedziałem, że już 3 lata temu miałem na nie jechać i w końcu nie pojechałem, bo nie czułem się na to gotowy, i odmówiłem, co kumpel uszanował.

day_lily_jailPotem jednak zobaczyłem film Dziecko dżungli, który ogromnie we mnie zarezonował i doprowadził mnie do decyzji, żeby szukać swojego powołania i swojej istoty, żeby znaleźć alternatywną pracę, i na oddychanie holotropowe z kumplem pojechałem. Po kolejnych trzech tygodniach pojechałem znowu, a potem poszedłem też na regresję. W sierpniu znowu oddychanie holotropowe i zaraz potem tydzień tańców dawnych tradycji.

Na tym tanecznym tygodniu byłem drugi raz po dwóch latach i tu poznałem i uświadomiłem sobie, ile pracy wykonałem nad sobą. Wysiłek, który zaczął się od Wielkanocy, to nie jest skakanie z jednego na drugie, ale spontaniczna, stopniowa praca, która do siebie pasuje, łączy się i ma sens.

I do tego przyszła decyzja, żeby przejść terapię ciemnością, i czułem, że ona też powinna być częścią tej drogi, i to przywiodło mnie do ciebie.

Miałem oczekiwania wobec pobytu w ciemności

Do ciemności przyjechałem z oczekiwaniem, z oczekiwaniem, że i ciemność pomoże mi na tej Drodze, i czuję, że to spełniła i wiele mi dała. Konkretnych oczekiwań, co przeżyję podczas pobytu w ciemności, nie miałem i zostawiałem to jej.

Od przyjazdu w sobotę do nocy z poniedziałku na wtorek dużo spałem, a w chwilach, kiedy nie spałem, zastanawiałem się, czy nie będzie tak samo jak u kobiety, która też była tydzień w ciemności i powiedziała mi, że nic jej to nie dało, że nie miała żadnych przeżyć, po prostu była tylko w ciemności. I tak bałem się, żeby u mnie nie było tak samo, ale potem dowiedziałem się od Lenki, że nawet gdyby tak było, na przyszłość ma to znaczenie i przyniesie to, co ma przynieść. Co mnie uspokoiło i dało siłę wytrwać, i że to ma sens. A kolejnym tematem, który miałem w tych chwilach, kiedy nie spałem, były rozważania o możliwym nowym związku mnie z kobietą, którą jestem zainteresowany. W tych rozważaniach przeważał element rozumowy i widziałem to raczej negatywnie. A we wtorek, kiedy już nie spałem, przyszła spontaniczna wizja, przy której od razu zrozumiałem, że chce mi dodać siły i powiedzieć, że ten związek ma piękną przyszłość. Ta wizja potem była we mnie i potrafiłem nawet w większej części wyłożyć całe jej znaczenie.

Potem byłem już tylko w ciemności i widziałem czasem peryferyjne światło z boku albo światło w oczach, które migało.

Piątego dnia pobytu w ciemności przyszły obrazy

W czwartek, kiedy się budziłem, zmagałem się ze snem, który działał na mnie nieprzyjemnie, i musiałem sobie uświadamiać, że to był sen i gdzie jestem. To wywołało ciąg obrazów, które zaczęły mi się pojawiać, to były kolaże idące jeden za drugim, działały nieprzyjemnie i pierwsze uczucie było takie, że powinienem przed tym uciec, ale zaparłem się, uczucie się zmieniło i ze słowami „no to chodź” byłem zdecydowany w to wejść i cieszyłem się, że coś się dzieje. Obrazy szły dalej, przestały działać nieprzyjemnie, ale potem zaczęły słabnąć, aż zniknęły. Spróbowałem znowu zasnąć z myślą, że przy budzeniu obrazy wrócą, co mi się nawet udało, ale już nie z taką intensywnością, i szybko znowu zniknęły i się skończyło. Za trzecim razem już mi się nie udało i jakoś tak zrozumiałem, że swoim staraniem, żeby w to wejść, to przegoniłem.

Jakiś czas po naszej rozmowie znowu zaczęły przychodzić do mnie obrazy, które widziałem zarówno z zamkniętymi, jak i z otwartymi oczami, i tym razem tylko je obserwowałem i nic więcej. Najpierw przychodziły ładne i głównie ze świata zwierząt. Sporo widziałem swoich zwierząt mocy, z którymi pracuję w szamanizmie, ale też inne. Przyszły też negatywne i przerażające. Widziałem nawet różne postacie piekła. Ale wszystkie obrazy zostawiły mnie w spokoju. Byłem tylko widzem i nawet te przerażające mnie nie straszyły i nie wywoływały emocji. Raczej przy niektórych tych pozytywnych czułem przyjemne emocje, kiedy na przykład chodziło o znane mi zwierzę mocy albo inny obraz, który do mnie przemówił.

W piątek wieczorem miałem kolejne wizje w postaci obrazów, drzewa i zwierzęta. Poszczególne obrazy trwały dłużej niż w czwartek, kiedy szły dość szybko jeden po drugim, ale tym razem całość trwała dużo krócej. W oba dni przez jakiś czas przy tych obrazach grałem też na flecie.

Ostatnia noc terapii ciemnością, zanim zadzwonił budzik, była długa, bardzo długa i pod koniec przyszły kolejne wizje w postaci obrazów. Tym razem bardzo przerażające i były głównie w czerwonym i czarnym kolorze. Głowa przebita żelazem, różnie poukładane czaszki w tej przerażającej postaci i inne podobne motywy – wojna, walka, groza i strach, ale raczej dawniejsza wojna niż te nowoczesne z XX wieku. Te obrazy szły powoli i zostawiały mi dość czasu na odbieranie. Nie przerażały mnie, byłem spokojny i znowu niezaangażowanym widzem i jakoś było dla mnie jasne, że należą do tematu strachu, o którym rozmawialiśmy. Co mi było przykro, to że czułem, że niedługo zadzwoni budzik i że pobyt w ciemności mam zakończyć tym negatywnym, więc spróbowałem to zmienić, ale szybko dałem spokój, bo dotarło do mnie, że bym to pogorszył. I tak tylko życzyłem sobie, żeby wszystko zakończyło się czymś pozytywnym, co mi zostało spełnione, i parę chwil na koniec było pozytywnych.

Terapia ciemnością zakończyła się nocą oświetloną Księżycemmidwest_moon

Wyjście do ogrodu po dzwonku budzika, kiedy było jeszcze ciemno, a na niebie ubywająca kwadra Księżyca z gwiazdami, było cudowne. A chwila świtania wspaniała i byłem szczęśliwy, że jestem w świetle, cieszę się przyrodą i że pobyt w ciemności doprowadziłem do końca.

Podczas pobytu w ciemności miałem parę momentów, kiedy pomyślałem, żeby to zakończyć, ale nie tak silnych, żebym musiał z tym walczyć. Jak przyszły, tak odeszły. Negatywne emocje z wnętrza nie wychodziły i wytrzymałem sam ze sobą na luzie.

Nasza rozmowa w drodze, kiedy wiozłeś mnie do Čáslavi, pozwoliła mi w pełni zrozumieć twoje podejście i spojrzenie na świat i wiele mi to dało i pokazało. I za to też bardzo ci dziękuję, bo to wzbogaca.

Jeśli chcesz moje dzielenie się opublikować, możesz, opublikuj, co uznasz za stosowne, a jeśli chcesz, opublikuj całe, nie mam z tym problemu.

Bardzo dziękuję tobie i Lence za wszystko, bardzo mi pomogliście.

Życzę miłych dni i wiele szczęścia na waszej Drodze

Tomáš

Týna – czuję się wspaniale nawet po wyjeździe

Drodzy przyjaciele w Lomcu,

dałam sobie kilka dni, aż moje myśli się uleżą, i teraz myślę, że mogę z dystansu ująć w słowa to, co dał mi pobyt w ciemności.

Pobyt w ciemności zaczął się już wtedy, gdy wysiadłam z pociągu

004Wszystko zaczęło się już w chwili, gdy wysiadłam w Bykáni na przystanku na żądanie. Świeciło słońce, a ja patrzyłam na tablicę z nazwą i odkrywałam, że stoję pośrodku „niczego”. Na szczęście prowadziła stamtąd tylko jedna droga. Wyciągnęłam więc kije trekkingowe i ruszyłam nią. Gdy tylko dotarłam do wsi Bykáň, już mniej więcej wiedziałam, gdzie jestem. Szłam powoli, rozglądałam się po okolicy, fotografowałam trzmiele na ostach, chłonęłam atmosferę pięknego, ciepłego dnia.

Zaraz 006na skraju wsi Lomec powitał mnie krzyż, a na placu we wsi kolejny. Usiadłam na chwilę na ławce na przystanku autobusowym. Oparłam się i zamknęłam oczy. No a potem wzięłam komórkę i zadzwoniłam. Tomáš wskazał mi właściwy kierunek. Szłam pod niewielką górkę, a po drodze wybiegli mi naprzeciw mały chłopiec i duży pies. Chłopiec wołał: „Cześć, Týno”. Cudowne powitanie.

Na górze przy drewnianej chacie czekał Tomáš. Podaliśmy sobie ręce i wiedziałam, że będzie mi tu dobrze. Obejrzałam sanktuarium, które na mnie czekało. Dostałam wszystkie potrzebne informacje i dwa banany, i jeszcze chwilę rozglądałam się po okolicy.

Przyszedł czas na pobyt w ciemności

010No a potem nadszedł czas, żeby wejść do środka. Położyłam rzeczy obok łóżka, obejrzałam i obmacałam cały domek, wzięłam prysznic, chwilę posiedziałam na łóżku, a potem po prostu wstałam i poszłam zgasić światło. Ostrożnie wróciłam na łóżko i patrzyłam w ciemność szeroko otwartymi oczami.

Podróż dwoma pociągami pospiesznymi i osobowym, a potem jeszcze piesza droga z Bykáni – to mnie trochę zmęczyło. Wyciągnęłam się i zasnęłam. Po przebudzeniu jeszcze chwilę leżałam z zamkniętymi oczami. A potem otworzyłam je w ciemność. Nie miałam najmniejszego pojęcia, która jest godzina.

Przeżycia z pobytu w ciemności?

Tych moich własnych, osobistych, nie zdradzę. Są po prostu głęboko moje i jako takie w zasadzie nie do przekazania. Choćby dlatego, że każdy z nas niesie przez życie przeżycia, o których często wiemy tylko my sami albo nasi najbliżsi. Trudno oczekiwać, żeby ktoś obcy je zrozumiał.

Postanowiłam więc napisać tylko kilka spostrzeżeń i wrażeń.

-Czym jest ciemność? Ciemność jest wszystkim, czym wasza podświadomość chce, żeby była. Macie tydzień na to, żeby wasza podświadomość dogadała się ze świadomością. Żeby sobie nawzajem wszystko wyjaśniły i się zjednoczyły.

-Już pierwszego dnia wypłynęło mi w myślach wspomnienie pewnej dyskusji, w której uczestniczyłam jakieś czterdzieści lat temu. Wtedy wydawało mi się to głęboko filozoficzne. Pojawiła się możliwość, że to, co nam się śni, jest prawdziwym życiem. Natomiast to, o czym jesteśmy przekonani, że to przeżywamy, jest snem. Wywiązała się z tego bardzo burzliwa dyskusja, w którą się nie wtrącałam, tylko słuchałam, chwilami w duchu pukałam się w czoło i myślałam swoje. Całe lata o tym nie myślałam. I nagle to wypłynęło. Wokół mnie panowała nieprzenikniona ciemność, żadnej „akcji”, ale sny były żywe, oczywiście kolorowe, bardzo realistyczne, inne niż zwykle w domu.

-Czas stał się samym pojęciem bez treści. Raz dziennie przychodził Tomáš albo Lenka z jedzeniem. Ale nie miałam pojęcia, która może być godzina. Do sanktuarium przenikało niewiele dźwięków. Słyszałam czasem szczekanie psa, odgłos czterosuwowego albo dwusuwowego silnika, samolot. Ale nic z tego nie dało się jakoś umiejscowić w czasie. Jedyną daną, która miała wartość, była 18.30 w sobotę, kiedy weszłam do sanktuarium. A od tego momentu aż do następnej soboty, do 4.00, kiedy w ciemności zapiszczał budzik i oznajmił, że czas otworzyć drzwi na świat.

-Ciekawym spostrzeżeniem pierwszego dnia było to, że ciągle zamykam oczy, kiedy się nad czymś zastanawiam. Tak jak w domu, kiedy człowiek musi zamknąć oczy i w ten sposób odciąć się od zewnętrznych rozpraszaczy. Na przykład od obrazów na ścianie. Trochę to trwało, zanim mózg zrozumiał, że zamykać oczu nie trzeba.

-Zaskoczyło mnie, jak bardzo w ciemności straciłam orientację w przestrzeni. Myślałam na przykład, że obróciłam się o 180 stopni. Ale okazało się, że obrót odrobinę nie dokręciłam, i nagle przyszła lekka panika, kiedy po dwóch krokach nie byłam tam, gdzie się spodziewałam.

Jedzenie było wyśmienite i po wielu latach zdarzyło mi się, że nie czułam głodu. Tak, znam siebie. Dlatego byłam przygotowana. Wzięłam ze sobą kilka paczek sera w plastrach, parę ciastek, słone serowe wafelki. Przez cały tydzień w ogóle o nich nie pomyślałam. Żadnego głodu ani ochoty na cokolwiek innego niż to, co dostałam. Cały prowiant zabrałam z powrotem.

Kiedy przyjaciele pytali mnie, co ja tam w sanktuarium ciągle robiłam, odpowiadam, że układałam puzzle. Użyłabym tego jako przypowieści. Wielkie pudło pełne kawałków. A na pokrywce żadnego obrazka. Oczywiście, że kawałek tego obrazu już w życiu ułożyłam. Ale w ciemności okazało się, że niektóre części były źle. Wcisnęłam do siebie coś, co nie pasowało, i nagle zobaczyłam, że to należy gdzie indziej. „Obrazek” w dodatku rozszerzał się na wszystkie strony, chociaż myślałam, że brzegi są ustalone. Czasem nawet nie mogłam uwierzyć w to, co się pojawiło. Ale nagle zrozumiałam mnóstwo rzeczy, które mnie spotkały. I zaczęłam się cieszyć na kolejne kawałki. Jakbym brała je do ręki i oglądała je z zachwytem.

Miałam problem ze skupieniem. Myśli kilka razy rozbiegły się na wszystkie strony. Wyłapałam je za pomocą kamieni i greckich koralików. Gdy tylko wzięłam je do ręki, a palce zaczęły się nimi bawić, myśli wróciły. „Usiadły” w kręgu i zostały. Wtedy już się układało.

W piątek razem z jedzeniem dostałam też instrukcję na rano. Budzik, o którym powiedziano mi, że jest nastawiony na czwartą. Bałam się go dotknąć, żeby nie wyłączyć dzwonienia. Nie było widać ani wskazówek, ani innych oznaczeń. Ostrożnie postawiłam go na podłodze i starałam się o nim nie myśleć.

Cieszyłam się na otwarcie drzwi

020

A potem nagle zaczęło się rozlegać piszczenie. Usiadłam na łóżku i spuściłam nogi na podłogę. Patrzyłam w ciemność i czekałam na chwilę, kiedy zechcę otworzyć drzwi. Cieszyłam się na to. Wiedziałam, że jest pełnia Księżyca, więc nie będzie całkiem ciemno. Mimo to najpierw poszłam jeszcze po ciemku wziąć prysznic. Dopiero potem otworzyłam wewnętrzne, a po nich także zewnętrzne drzwi. Odetchnęłam przyjemnym powietrzem.

Wyszłam na zewnątrz i czułam się, jakbym była pijana. Pierwszy powitał mnie pies. Cudowne uczucie palców zanurzonych w gęstej sierści.Na zewnątrz był już też „kolega” z sąsiedniego sanktuarium. Dzieliliśmy się wrażeniami. To uczucie upojenia mieliśmy oboje. Powoli chodziłam i trzymałam się drzew. Potem chwilę po prostu siedziałam na zewnątrz, a kiedy nabrałam pewności, ruszyłam na spotkanie słońca. Wschód jest po drugiej stronie Lomca niż drewniana chata. Wyszłam więc na górę i polną drogą szłam ciągle na wschód. Aż doszłam do końca pola kukurydzy i tam usiadłam na pniaku i patrzyłam na chmury oświetlane powoli zbliżającym się Słońcem. Witałam to Słońce, a ono witało mnie.

Dziękuję za pobyt w ciemności

Teraz pozostaje już tylko jeszcze raz z pokorą podziękować Tomášowi i Lence za daną mi szansę, za przyjęcie, za jedzenie. Za zrozumienie i współbrzmienie. Za wszystko, co było mi dane przeżyć i poczuć. Za to, co zyskałam dzięki pobytowi w ciemności, i za to, czego się pozbyłam.

Chcę też podziękować Zachodniemu Sanktuarium. Za to, że otworzyło swoje miękkie, ciepłe i pachnące drewnem objęcia i pozwoliło mi się w nich zwinąć.

Nigdy nie zapomnę też „witającego” psa. Jego przyjaznego przyjęcia, podanej łapy, spojrzenia oczu.008007

Życzę wszystkim, którzy do was przyjadą, żeby czuli się tak wspaniale jak ja. Nie tylko w czasie pobytu, ale i po wyjeździe.

DZIĘKUJĘ

Týna

Rezerwacja