608 08 33 33

Monika – Gdybym tylko mogła wam przekazać to uczucie

Dotyk podczas pobytu w ciemnościKochani Lenko i Tomášu!

Postanowiłam opisać Wam swoje przeżycia z Pobytu w Ciemności u Was. Piszę zaraz wieczorem po powrocie do domu. Po pierwsze dlatego, że wszystkie wrażenia są jeszcze świeże, a po drugie, kilkoro moich przyjaciół i rodzina będą chcieli znać każdy szczegół, więc prześlę im ten list i potem już tylko odpowiem na ewentualne pytania.

O pobycie w ciemności wiem od dawna

Zacznę od samego początku. O terapii Ciemnością wiem już od dłuższego czasu. Czytałam w internecie wszystko, co udało mi się znaleźć, mój ulubieniec Jarda Dušek też przez to przeszedł i był niesamowicie zachwycony. Pisano o tym dobrze, wychwalano, ale też z lekkim lekceważeniem. Prawdę mówiąc, próbowałam to sobie wyobrazić. Próbowałam sobie wyobrazić, co by mi to miało dać, ale przeważał strach. Tydzień to długi czas. Cały tydzień……w dzień i w nocy…. . w Ciemności……tylko Ja i Ja……. my dwie i czarna jak smoła ciemność i cisza! Żadnych wiadomości ze świata, żadnej telewizji, radia, komórki, internetu, ludzi, żadnej rozrywki……żadnego przeszkadzania. No, nie czułam ani odrobiny przekonania, że to coś dla mnie, coś, czemu bym podołała. Więc odłożyłam to na bok i zostawiłam, żeby dojrzało.

Potem, po dość długim czasie, wróciłam do myśli o Pobycie w Ciemności. Życie to niewiarygodnie zabawny i pomysłowy mistrz gry. Prędzej czy później i tak dopchnie was dokładnie tam, gdzie musicie być, żebyście ruszyli do przodu, w górę, jak się dziś mówi, na wyższy level.

Przeszukiwałam internet i przejrzałam mnóstwo ofert Pobytu w Ciemności. Nawet nie miałam pojęcia, że jest ich tyle! Po długich poszukiwaniach wybrałam właśnie Was. Z wielu powodów. Wszystko, co potrzebowałam wiedzieć, było na Waszej stronie, opis wszystkiego, nawet tego, co na siebie włożyć, co dla kobiety jest bardzo ważną informacją, przecież i w Ciemności trzeba dobrze wyglądać…. . tylko żartuję. Przede wszystkim przemówiła do mnie okolica Kutnej Hory, życzliwe podejście, położenie na mapie obiecywało prawdziwy spokój, a do tego czytałam wpisy ludzi, którzy już mieli pobyt w ciemności za sobą. Czy były pozytywne, czy nie, podobało mi się, że publikujecie wszystko bez wyjątku. Po prostu czułam, że to jest właściwe miejsce.

Zarezerwować pobyt w ciemności miało być bułką z masłem

No to hurra, rezerwuję termin. To będzie bułka z masłem, przecież aż tylu ludzi się tam nie zgłasza. Jakież było jednak moje zaskoczenie, kiedy się okazało, że pierwszy wolny termin macie dopiero za pół roku?! No cóż, nic nie poradzę, widocznie tak ma być. Więc się zarejestrowałam, zapłaciłam i czekałam. Starałam się jakoś przygotować do tej próby, według własnych wyobrażeń. Tym nie będę Was obciążać. Mogę tylko powiedzieć, że nie da się do tego tak całkiem przygotować, jeśli nie macie już tego doświadczenia, bo w ogóle ale to w ogóle nie wiecie, co was czeka, co przyjdzie i jak to wszystko będzie wyglądać.

I nagle nadszedł ten dzień. Muszę powiedzieć, że przyjechałam do Was w sobotę pod wieczór z ogromnym respektem, nie strachem, ale respektem. W ogóle, ale to ani trochę nie potrafiłam sobie wyobrazić, w co się pakuję i co mnie czeka. Chciałam tylko, żeby już zamknęły się za mną drzwi i żeby to się zaczęło, a Ja i Ja od razu damy nogę i będziemy uciekać do domu. Wstyd nie wstyd, byle nas nie dopadli! Nawet spacer po Kutnej Horze w niczym nie rozproszył mojego wielkiego respektu. Przyjechałam do Was pierwsza, dokładnie o szóstej wieczorem. Ale byłam w takim transie, że potem w ogóle nie pamiętałam, jak wygląda Wasz dom, ogród, jak szliśmy do Domku-sanktuarium (to określenie mi się podoba). Trochę mi ulżyło, kiedy dostałam instrukcje, co i jak będzie przebiegać, i że Wy jesteście tam codziennie, gdybym potrzebowała porozmawiać, coś omówić, i że przez drzwi mogę w każdej chwili wyjść na zewnątrz, odejść……światło jest tylko zgaszone, więc gdyby było najgorzej, mogę je zapalić. Przecież jestem tam z własnej woli i nikt mnie nie zmusza.

Na szczęście miałam Pobyt w Ciemności bez Straszydeł, bez Duchów i bez pluskiew, i bez wieszaków 😀 (teraz już mi się łatwo żartuje…. )

…i ręka na włącznik……. Pstryk………Ciemność!

Kiedy odeszliście i życzyliście mi dobrej nocy, powiedzieliście, że kiedy będę gotowa, mam zgasić światło i przygoda może się zacząć. Dokładnie zbadałam teren, żeby wiedzieć, co gdzie znajdę, jakie są odległości. Uspokoiło mnie, że mam pościel z Żółwiami Ninja, to doda mi siły, niczego nie muszę się bać! Potem prysznic, umyć zęby, rozłożyć swoje rzeczy tak, żebym je w Ciemności znalazła, kontrola………i ręka na włącznik……. Pstryk………Ciemność!

Ale to była naprawdę czarna jak smoła, nieprzenikniona Ciemność! No, dziewczyno złota, teraz się pokaż!

Nigdzie, nawet przez szczelinkę, nie przenikała ani maleńka iskierka światła. Aż mi się tyłek ścisnął z niepokoju na myśl, że będę tu Ja ze Sobą, Ciszą i Ciemnością przez cały tydzień. Położyłam się na łóżku, patrzyłam tam, gdzie powinien być sufit, i czekałam, co się będzie działo.

Muszę powiedzieć, że ku mojemu miłemu zaskoczeniu Ciemność mnie nie przerażała, czego się obawiałam. Nie czułam strachu. Była tak czarna, że nie zostało w niej miejsca na żadne cienie i strachy. Przynajmniej ja to tak czułam. I to przez cały czas. Tylko domek różnie mi się powiększał i zmieniał kształty. Umywalkę i toaletę ktoś przestawiał, przesuwał ściany. Więc raz, drugi zupełnie bez problemu trafiam pod prysznic, a za trzecim razem jest tam ściana. Ciemność była tak czarna, że nie widziałam własnej ręki, nawet kiedy trzymałam ją tuż przy twarzy.

Wyspałam się znakomicie

Od soboty do wtorkowego popołudnia, tak mi się wydaje (tylko po tym, że Lenka przynosiła mi jedzenie, ale właściwie nie wiem, która była godzina), spałam w jednym kawałku. Cały czas! Wyspałam się znakomicie!! Ale potem już, choć po ciemku, tak po prostu nie zasypiałam. I wtedy zaczęło się robić naprawdę ciekawie. Rozmyślałam o wszystkim możliwym, wpatrywałam się w ciemność, chyba długimi godzinami, i mówiłam sobie, że to był szalony pomysł, że nie dam rady tego wytrzymać…. . no dobrze, trzy dni, ale ja mam tu być jeszcze całą środę, czwartek, piątek i dopiero w sobotę rano……

Co zaskakujące, nie bałam się ciemności, nie czułam się też samotna……żadnej histerii. Ale nagle zaczynają wypływać na powierzchnię rzeczy ukryte gdzieś głęboko w was, o których już nawet nie wiecie. Nie są przerażające, tylko bardzo nieprzyjemne swoją natarczywością i nieustępliwością. Wyczuły okazję…. . „uwaga, uwaga, czas na porządki, dziś nie ma jak nas zapędzić do kąta, zamieść pod dywan…. kochana Monisia nie ma w ogóle ale to w ogóle żadnej rozrywki!”

No i tak czyściłam i czyściłam, i czyściłam…. .

„dziewczyno, dasz radę! Przetrwasz środę i już pójdzie!”

Byłam niezmiernie wdzięczna, że mam pobyt z jedzeniem raz dziennie i to w różnych porach. Przynajmniej na chwilę moje natrętne myśli i rozważania zagłuszało głośne burczenie w brzuchu, a także pukanie do chatki, które zapowiadało przyjście Lenki albo Tomáša z jakimś cuuuuuuuudownym jedzeniem, owocami, a przede wszystkim, naprawdę, z ciepłym ludzkim słowem! Tutaj ten frazes jest na miejscu, bo byłam za to niesamowicie wdzięczna! To jedna z rzeczy, które pomogły mi wytrzymać i nie poddać się. A takie myśli to ja miałam! Mówiłam sobie…. . „dziewczyno, dasz radę! Przetrwasz środę i już pójdzie!” Nie do końca tak było, ale przecież się nie poddacie, skoro doszliście już tak daleko!!!

I tak dalej się czyściło i czyściło……. . moja tęsknota za światłem, świeżym powietrzem, słoneczkiem, szelestem liści, wiatrem na policzkach była tak wielka, że w czwartek i piątek tu i ówdzie miałam wrażenie, że ciemność nie jest już taka czarna jak smoła, że mam czołówkę, co prawda z bardzo słabą baterią, ale jednak jeszcze świeci. Wydawało mi się, że widzę zarysy rzeczy, ale kiedy chciałam przyjrzeć się bliżej, ktoś mi ją specjalnie gasił. Powtórzyło się to kilka razy. Zabawna gra!

Dla tego sobotniego świtu było warto!

Gdyby nic innego, ale mówię gdyby…. . to cały Pobyt w Ciemności był wart tej jednej jedynej krótkiej i ulotnej chwili…. . a mianowicie sobotniego świtu.

Już w piątek wieczorem, kiedy Tomáš przyniósł mi ostatnią kolację (to był obiad, ale dla mnie kolacja), miałam taką ogromną radość!!!! Przyniósł też budzik, nastawiony na wpół do szóstej rano. Krótko przed tym, jak zacznie świtać. Tyle że ten dzień i noc nie mijały tak szybko, jak myślałam. Wręcz przeciwnie. I niczego mi nie odpuściły. Tylko sobie ładnie poukładaj w tej głowie, albo gdzie tam jeszcze…. .

W końcu na chwilę zasnęłam, ale z niecierpliwości wstałam wcześniej, niż zadzwonił budzik. Cieszyłam się na świat bardziej niż noworodek. Aż bym krzyczała z radości, kiedy budzik zadzwonił, ale wtedy zepsułabym całą tę magię.

Tomáš mówił, że będzie mi się kręcić w głowie, kiedy otworzę drzwi, i że mam usiąść na progu, dopóki trochę nie przejdzie. Muszę przyznać, że rzucało mną porządnie, jak po trzech piwach, aż do popołudnia.

Pobyt w ciemności trzeba przeżyć

Ale ta cudowna chwila, kiedy po tygodniu przeżytym w głębokiej ciemności otwieracie drzwi chatki, a tam świeci księżyc i gwiazdy, niebo jest czyste, widzicie drzewa, krzewy, przyrodę zalaną księżycowym światłem……to było jak nagroda……coś przepięknego…. . a ja tylko tam stałam i czułam tak ogromną wdzięczność…. . nie da się tego nawet opisać słowami. To trzeba przeżyć!

A potem horyzont zaczął się rozjaśniać…. . Kogut zapiał…. . i wzeszło Słońce!

Chodziłam po ogrodzie (dziękuję Ci za to, Tomášu, Lenko), patrzyłam za płot na pola, jak świat się budzi, i było to nie tylko jakby, ale naprawdę pierwszy raz inaczej. Ogromny spokój i ukojenie, wszystko takie ostre i wyraźne…. pasące się sarny w zasięgu wzroku, w oddali jeleń na rykowisku, ptaki prześcigały się w śpiewie…. .

Gdybym tylko mogła wam to przekazać

Chciałabym mieć taką niesamowitą zdolność jak Abe Sapien z Hellboya, żeby wystarczył jeden dotyk dłoni i przekazałabym Wam swoje wewnętrzne obrazy, bez tego, żeby całość psuło niepotrzebnie dużo słów. Może kiedyś……

Do domu dojechałam szczęśliwie, choć świat ciągle się kołysał.

Cały świat był ostrzejszy i jaśniejszy. A żeby się trochę uziemić, mam na myśli to kołysanie, poszłam na spacer do parku i do pobliskiej doliny. Ciągle czułam tak niewiarygodną wdzięczność i spokój!!!!!

Krótko mówiąc, Pobyt w Ciemności w Lomcu porządnie mną wstrząsnął, a ja z serca dziękuję Lence i Tomášowi za całą tę Miłość i troskę, z jaką przez cały czas się nami opiekowali. Serdeczne dzięki i niech wszystkie Wasze dni będą szczęśliwe!!!

Jest tego więcej, ale wiele przeżyć i spostrzeżeń jest po prostu nieprzenośnych, nie do przekazania. Dziękuję za każde jedno. Mam nadzieję, że jeszcze bardzo, bardzo długo, jeśli nie na zawsze, zachowam ten ogromny spokój w duszy, w sobie!

I głęboką wdzięczność za wszystko, co przychodzi do mojego życia!

Monika

Helena – na pobyt w ciemności prosto z marszu

Cześć Tomášu (z Lenką się nie spotkałam, więc przepraszam),

może nadszedł już czas na podsumowanie – wygląda na to, że przeżycia i wrażenia z pobytu w ciemności już się ustaliły… Więc jak to było ze mną…

Na pobyt w ciemności prosto z marszu

W wielu wpisach czytam, jak chętni długo zbierali się na odwagę i jak długo z wyprzedzeniem wszystko załatwiali… U mnie było inaczej. To prawda – o terapii ciemnością kiedyś dawno coś słyszałam, ale w ogóle mnie to nie zainteresowało i całkowicie tę informację wyparłam…

Potem pewnego dnia przyszedł do mnie na zabieg klient, który w trakcie terapii wspomniał, że był na pobycie w ciemności. Jego opowieść o przeżyciach z ciemności bardzo przypominała mi książkę Jacka Londona „Kaftan bezpieczeństwa”, którą kiedyś uwielbiałam. Przy jego opowieści przypomniały mi się też moje własne przeżycia z częściowo spontaniczną regresją podczas jednej z moich prób pozbycia się uporczywych bólów głowy, które męczą mnie od dzieciństwa…

 I tak przyszła ciekawość 🙂

 Usiadłam do internetu i wstukałam hasła typu terapia ciemnością, pobyt w ciemności itp…. Jeden ze znalezionych linków zaprowadził mnie na waszą stronę. Spodobała mi się, więc napisałam do was. I od razu dostałam propozycję rezerwacji terminu w nowo budowanym sanktuarium. Pierwszy musiałam odrzucić (kolidował z moim pobytem za granicą), ale udał się zaraz drugi – jakieś 2 miesiące od zgłoszenia. Po prostu impuls przyszedł akurat wtedy, kiedy wszystko było już dla mnie przygotowane, więc nie było się nad czym zastanawiać… 

Kupiłam sobie jeszcze książkę o terapii ciemnością, zapłaciłam opłatę rezerwacyjną i zaczęłam przygotowywać rodzinę na „kolejny z moich dziwnych wybryków” 

Celu pobytu w ciemności nie miałam

Jasnego celu sobie nie wyznaczyłam. Co prawda mówiłam sobie, że fajnie byłoby trochę bardziej zanurzyć się w medytacji (bez psa plączącego się pod nogami i telefonów spragnionych terapii klientów czy babć i dzieci), jakiejś wycieczki w swoją przeszłość, rozprawienia się z traumami z dzieciństwa, rozbicia starych blokad zakotwiczonych w podświadomości itp. też bym nie odrzuciła, ale w zasadzie byłam po prostu ciekawa, co to ze mną zrobi i czy będę w stanie to wytrzymać. Żadnego wielkiego strachu jednak nie miałam… Jeśli się nie uda, to po prostu wyjadę trochę wcześniej, no i co…

Potem zaczęły się piętrzyć problemy – pies zachorował, auto się zepsuło, przyszedł niesamowicie wysoki rachunek za dopłatę za wodę (zepsuty wspólny wodomierz w bloku), babcie, ogródek, dzieci… Problem za problemem… Aż prawie wyglądało na to, że po prostu nie pojadę. 

Pojawił się też jeden zdecydowanie negatywny wpis o pobycie w ciemności – tyle że na mnie zrobił takie trochę wrażenie, że pan autor potraktował pobyt w ciemności jako pewną formę rywalizacji z samym sobą. Jakoś mi to nie pasowało…więc wzięłam to tylko jako kolejną informację…

Nie dałam się. Oddałam auto do naprawy (żeby dzieci miały czym ewentualnie zawieźć psa do weterynarza), pieniądze w końcu też jakoś się znalazły i pojechałam. Wszystkich klientów uprzedziłam o swojej nieobecności, zapomniałam nagrać wiadomość na sekretarkę, a dzieciom zapomniałam nawet dać numer do Tomáša na wypadek nagłej potrzeby. Przygotowałam im tylko żelazną rezerwę gotówki (i naprawdę w końcu się przydała) i zniknęłam ze świata.

Pobyt w ciemności był właściwie szabatem

Przyjechałam – trochę spóźniona, więc nie spotkałam żadnej z pozostałych kandydatek na pobyt (zebrały się nas 4 baby :), poznałam wspaniałe domowe psy pociągowe (Tomášu, proszę Cię, podrap je ode mnie za uchem), Tomáš wprowadził mnie do domku pachnącego nowością, pokazał mi, co gdzie jest, i wyjaśnił, jak będzie z jedzeniem i piciem… Zapytał też, czy będę jeść, czy urozmaicę sobie pobyt głodówką. Głodówka też mnie kusiła, ale ponieważ znam się już od jakiegoś czasu, wyjaśniłam Tomowi, że jeść będę, bo kiedy nie jem, przez pierwsze 3 dni boli mnie głowa, a przy tym „rzygam jak kot”, co mnie niespecjalnie kusi nawet normalnie, a co dopiero w ciemności…

Przygotowałam wszystko tak, żebym wiedziała, gdzie co jest, powtórzyłam sobie rozmieszczenie, wypróbowałam szukanie po omacku z zamkniętymi oczami… no a potem już tylko zgasiłam światło … i była ciemność…

Pierwszy wieczór był bez problemów. Zajadałam owoce (oprócz czereśni – na te nie odważyłam się po ciemku, bo w jedzeniu nie lubię towaru z drugiej ręki, a owoce wolę spożywać bez białka) i pilnie ćwiczyłam. Medytacja za bardzo nie szła. Do głowy pchało mi się wszystko – głównie sąsiedzi, z którymi mamy od jakichś 8 lat niesamowite problemy…, ale też dzieci, pies, mama i jej życiowe zasady dla mnie…  

Gdzieś drugiego dnia Tomáš przyniósł jedzenie – porcję jak dla górnika. Było bardzo dobre, więc tak stopniowo je zjadałam… 

A potem przyszła „migrena”! A niech to licho. Najgorzej było trafić do miski przy wymiotowaniu 🙂 . No, ale po chwili i tak nie było już czym wymiotować… Mówiłam sobie – no to pięknie. To będzie porządnie przerzygany pobyt w ciemności. 

Na szczęście tym razem moja główka postanowiła boleć tylko jakieś pół dnia. Drugi posiłek Tom co prawda i tak mi zostawił, ale jako środek wymiotny działało nawet samo powąchanie, więc nic. 

No a skoro już moje ciałko tak to sobie ustawiło, to czemu by mu nie wyjść naprzeciw – dodałam sobie do pobytu w ciemności i tę głodówkę 🙂

Gdzieś w poniedziałek przyszło mi do głowy, jak się ma nasz piesek, i dopadła mnie troska o jego dobro… potem zamknęłam to dla siebie tym, że nasze zdolne dzieci na pewno jakoś sobie poradzą (później dowiedziałam się, że pomyślałam o nim akurat w czasie, gdy udało mu się wbić sobie aportowany patyk w gardło). Potem już tylko okropnie się nudziłam. Tomáš mówił mi, że to dobrze. Pomyślałam więc swoje i przynajmniej intensywnie ćwiczyłam i ćwiczyłam, i ćwiczyłam, żeby się jakoś zająć. 

Już prawie znowu zrobiłam mostek z pozycji stojącej i podobne wygłupy jak za młodu, kiedy moje ciałko uznało, że używam tych ćwiczeń jako ucieczki od tego, co mam robić (nudzić się :D). I ukróciło to – zablokowałam sobie plecy (a właściwie SI, ale efekt był ten sam). 

I znowu zastanawiałam się, czy tego nie rzucić. Ale potem uświadomiłam sobie, że w tym stanie i tak nie dałabym rady dojechać do Pragi, więc, dla odmiany :), poświęciłam się ćwiczeniom wyłącznie rehabilitacyjnym i starałam się po prostu przetrwać…

W połowie miałam masę żywych snów

Zbliżał się koniec 5 dnia i oprócz tej migreny i zablokowanych pleców właściwie nic się nie działo. Miałam co prawda masę dziwnych żywych snów, w których widziałam mnóstwo czarnoskórych ludzi w typowo afrykańskim krajobrazie, czasem mignął mi tam ktoś z rodziny i przyjaciół czy wrogów, ale poza tym nic niezwykłego. Ruszać się za bardzo nie mogłam, leżenie też mnie bolało, więc tak tu i tam podrzemywałam i czekałam, aż Tomáš przyniesie mi pełny termos z herbatą. Po odgłosach docierających do mnie przez ścianę trochę rozpoznawałam, czy jest akurat dzień, czy noc, ale poza tym nic a nic…

Komiczne wydało mi się to, że przyłapałam się na tym, że choć była ciemność, chodziłam ciągle z zamkniętymi oczami…

Potem raz tak jakoś zasnęłam i nagle obudziło mnie światło. Ostre, intensywne światło przenikające przez ścianę domku. Tak intensywne, że mnie obudziło i nie dało się przed nim schować. Takie światło, jakie można zobaczyć w filmach o porwaniach przez UFO :D. 

Pobyt w ciemności i światło

Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to: „Który baran mi tu tak głupio świeci tym reflektorem?” Potem uświadomiłam sobie, że na zewnątrz jest grobowa cisza i nawet psy się nie odzywają… Powiedziałam więc sobie, że to musi być Tomáš, i próbowałam mu na odległość podsunąć myśl, że mógłby przestać się wygłupiać, zgasić i dać mi spokój… Potem uświadomiłam sobie, że ta ściana przecież jest z płyt, a nie z desek, a do tego jest tam podobno warstwa izolacji, więc trudno, żeby coś przez nią prześwitywało… 

W międzyczasie światło ładnie ściągnęło się do dolnego rogu i powolutku, powolutku matowiało i znikało. Kiedy znowu była ciemność, uświadomiłam sobie, że nawet nie spróbowałam spojrzeć na swoje ręce. 

Potem powiedziałam sobie – aha, światła nie ma, siatkówka wariuje… jedzenia nie ma, mózg się nudzi, więc wymyśla głupoty… 

I postanowiłam też, że jeśli to światło raczy wrócić, spróbuję się upewnić, czy zobaczę tę rękę, i nacieszę się tym… Potem (dla pewności) przeszukałam wszystkie kąty domku (na ile pozwalały mi plecy) i poszłam znowu spać. 

Gdzieś następnego dnia światło naprawdę wróciło. Byłam akurat dla odmiany w przedpokoju i myłam zęby. Upewniłam się więc, że palców nie widzę i nie rzucają cienia, w spokoju umyłam „przy świetle” zęby, skorzystałam z toalety i zadowolona ze swoich przeżyć znów udałam się spać… 🙂

Potem już nic szczególnego nie przyszło.

Wytrzymałam do końca (jak zresztą my wszystkie). Po zapaleniu światła kręciło mi się też trochę w głowie i trwało jakieś 2 godzinki, zanim odważyłam się usiąść za kierownicą. Jeszcze do wczesnych godzin popołudniowych nie czułam się za nią zbyt pewnie…

Pierwszy wniosek był – ciemności więcej nie potrzebuję… Dziś już nie widzę tego tak radykalnie – może jeszcze kiedyś w przyszłości to wypróbuję… I właściwie już trochę się na to cieszę… 😉 

Efekty terapii ciemnością? 

Na początku wydawało mi się, że właściwie nic się nie zmieniło. 

Potem uświadomiłam sobie, że problemy jakoś się mnie nie trzymają. Nie żebym się nie zdenerwowała czy nie przestraszyła… To nie. Ale emocja przychodzi, odchodzi, a ja się w niej nie grzebię… To coś, czego nigdy nie umiałam… Co prawda stopniowo znowu trochę wróciło to do „normy”, ale ta zmiana wciąż się utrzymuje…

Poza tym zapominam o nieważnych rzeczach i jakoś się tym nie przejmuję…

Dużo lepiej też rozumiem problemy swoich pacjentów – rozumiem osoby niewidome i unieruchomione… Ale współczucie dla nich mnie nie pochłania. Akceptuję rzeczywistość i rozumiem – to wszystko…

No i to chyba całe podsumowanie dość długiego, gadatliwego wpisu 🙂

A właściwie nie – jeszcze co do tej wspomnianej negatywnej opinii. 

Pan chyba naprawdę za bardzo walczył sam  ze sobą, a do tego zakończył pobyt w ciemności po około 3 dniach. Z mojego doświadczenia to czas, kiedy nasilają się negatywne przeżycia. Po prostu pierwsze 3-4 dni są najgorsze. To przyjemniejsze przychodzi później – więc lepiej wytrzymać i się poddać. Po prostu nie starać się tak bardzo… 🙂

Ale ja mam  tylko 1 doświadczenie, a to tyle co nic. 

Trzymajcie się pięknie i może jeszcze kiedyś się spotkamy

Cześć – Helena

Tereza – z ciemnością przyszło rozgrzewające ciepło

Jakieś dwa lata temu przeczytałam w internecie artykuł, w którym wspomniano o pobycie w ciemności. Pomyślałam wtedy, że to musi być ciekawy proces, w którym człowiek poukłada w sobie to i owo i trochę się oczyści, ale potem zupełnie porzuciłam tę myśl.

Minęło trochę czasu i wokół mnie, i ze mną zaszło kilka dość ważnych dla mnie zmian. I nagle wokół coraz częściej zaczęły się pojawiać wzmianki o pobycie w ciemności. Poczucie, że powinnam przejść przez ten proces, z dnia na dzień stawało się silniejsze.

Aż pewnego dnia moja decyzja dojrzała i zgłosiłam się.

Zgłosiłam się na pobyt w ciemności

Czułam, że żeby poradzić sobie z tym procesem, muszę być całkowicie otwarta na wszystkie emocje, które w tej ciemności ze mnie wyjdą. Na wszelki wypadek otworzyłam się mentalnie na cały wszechświat i miałam nadzieję, że mi pomoże.

Po przyjeździe na miejsce pobytu krótko poznałam bardzo sympatycznych właścicieli, Lenkę i Tomáša. Chwilę porozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że wszystko, co potrzebne do pobytu, mam w domku do dyspozycji i  że jedzenie przynoszą raz dziennie między 13 a 15. Umówiliśmy się, że nie będą ze mną rozmawiać, a w razie potrzeby sama się odezwę. Pożegnaliśmy się, a ja zaszyłam się w domku.

Do dyspozycji miałam pokój mniej więcej 2×2 metry z zasłanym łóżkiem, matę i poduszkę do medytacji na siedząco oraz mały korytarzyk z toaletą, umywalką i prysznicem. Klimatyzację mogłam sama regulować.

Rozpakowałam się ( było tak między 19 a 20 ), wzięłam prysznic, uspokoiłam się, zebrałam się na odwagę i zgasiłam światło.

Po zgaszeniu światła …

Ciemność mnie objęła i na piersi  od razu osiadło dziwne, rozgrzewające ciepło. Z radością uświadomiłam sobie, że nie czuję strachu. Miałam nadzieję, że tak zostanie.

Już pierwszej nocy odkryłam, że mam ogromną potrzebę orientowania się w czasie. Ale jak? Do domku nie przenikały prawie żadne dźwięki. Uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie jedynym pewnym czasem będzie pora przynoszenia jedzenia. Postanowiłam więc, że przy każdym posiłku wrzucę do woreczka pestkę z nektarynki, które przywiozłam z domu. Później okazało się to dobrym pomysłem, bo orientacja w porze nocnej i dziennej okazała się prawie niemożliwa. Poza tym już drugiej nocy odkryłam, że w poszerzonym stanie świadomości, który pojawił się u mnie w czasie pobytu w ciemności dość szybko, prawie nie da się spać.

Już pierwszego dnia mój umysł zaczął pracować na pełnych obrotach. Przez głowę zaczęły mi przelatywać myśli o wydarzeniach przeszłych i przyszłych, o ludziach, z którymi łączyły mnie różne wydarzenia. Zaczęły przychodzić lęki i różne inne uczucia. Nie broniłam się przed nimi ( tak jak sobie postanowiłam ),  starannie je rozdychiwałam, a one po chwili zawsze się rozpływały. Mój umysł zaczął jednak zapuszczać się coraz dalej i dalej, do tych, którzy są albo byli zamknięci w lochach, celach, wieżach głodowych. Wtedy już wiedziałam, że takie myśli muszę  usunąć. Próbowałam wejść w stan “Tu i Teraz. Jeśli mi się to udało, nieprzyjemne  uczucia  i obrazy znikały  i znowu było to rozgrzewające uczucie na piersi. Odkryłam, że gdy tylko mój umysł odchyli się od chwili obecnej, przychodzą różne, przeważnie nieprzyjemne uczucia i lęki.

Miałam wrażenie, że w nocy śpię zawsze tylko chwilę i nigdy nie wiedziałam, jak długą. Noce były nieskończenie długie. Budziłam się jakieś dziesięć razy w ciągu nocy. Jeśli coś mi się śniło, były to sny lękowe i nieprzyjemne. Bardzo się pociłam. Próbowałam się zorientować, kiedy jest rano albo przynajmniej dzień. Ale jak? Jedyne, co słyszałam, to pianie koguta, przelot myśliwców i od czasu do czasu odgłos silnika samochodu.

Próbowałam kierować się tymi sygnałami, ale wtedy jeszcze nie przeczuwałam, jak paskudnie zabawi się mną mój umysł. Było to dokładnie w połowie tygodnia,  kiedy poszerzona świadomość działała już w pełni, a  ja odkryłam,  że ciemność potrafi rozstępować się do wielkich rozmiarów i tworzyć różne ciekawe obrazy, głównie kształtu pomieszczenia, w którym przebywałam. Raz widziałam wielką halę, raz krótką uliczkę z wieżyczką, raz pokój ozdobiony w indyjskim stylu. Czasem pomieszczenia były oświetlone jakby przytłumionym światłem księżyca. To mnie całkiem uspokajało.  Ciekawie było oglądać te obrazy i nie przychodziły wtedy lęki z myśli, które inaczej nieprzyjemnie się naprzykrzały. Żeby ograniczyć lęki, starannie pilnowałam też, żeby wszystko odkładać na dokładnie to samo miejsce, wszystkie czynności starałam się wykonywać powoli i w skupieniu. To mnie uspokajało.

Środa nieźle namieszała mi w pobycie w ciemności

Tablica Don't panic z rysunkową postaciąA potem przyszła ta środa. Już się nauczyłam, że dzień oznacza pianie koguta, od czasu do czasu odgłos silnika  i huk myśliwców. Jak zawsze bardzo cieszyłam się na jedzenie, bo zawsze było bardzo smaczne, celebrowałam je niemal w rytualny sposób, a poza tym  oznaczało dla mnie, że znowu przetrwałam kolejny dzień. Potem już  jak zawsze tylko wzięłam prysznic, umyłam zęby, zaśpiewałam dla dobrego nastroju,  poćwiczyłam , położyłam się spać i modliłam się, żeby sen był bez koszmarów. Zasnęłam całkiem dobrze i sen wydawał mi się dość długi. Budzę się, słucham dźwięków z zewnątrz, próbuję się zorientować. I wtem słyszę pianie koguta! A za chwilę całkiem wyraźny odgłos ludzkiego głosu, a po jakimś czasie także myśliwiec! Hura, jest czwartek rano! Ale ta dzisiejsza noc pięknie minęła. Teraz jeszcze doczekać się jedzenia i mogę odhaczyć kolejny dzień pestką do woreczka!  Wzięłam  prysznic, poćwiczyłam, zjadłam śniadanie i zabrałam się za regularne codzienne poskramianie umysłu. Ale co to? Dziś jakoś długo nie niosą jedzenia. Przez jakiś czas jeszcze czekałam, potem dotarłam po omacku do drzwi wejściowych i nasłuchuję dźwięków, które dałyby mi sygnał, że zbliża się jedzenie. Tylko że na zewnątrz panowała totalna cisza. Ani słowa. Cisza.

I  nagle  do  mnie dotarło, w jaki błąd wpadłam. Zasnęłam tylko na chwilę, więc jestem ciągle w tym samym dniu! W ogóle nie wiem, która jest godzina, cała nieprzyjemna noc jest przede mną, z przebudzeniem w nieokreślony poranek i z długim czekaniem na jedzenie! Musiałam się nieźle napracować, żeby to odkrycie rozdychać. Ale jak to możliwe, że słyszałam pianie koguta?

Przez cały następny dzień skupiałam się na pianiu koguta i odkryłam, że ten łobuz pieje sobie spokojnie przez cały dzień, a nie tylko rano, jak przez całe życie myślałam. Ech.

W czwartek cieszyłam się już, że jestem w swoim procesie za połową, ale i te dwa dni nie były żadną bułką z masłem. Ale już się przyzwyczaiłam. Zawsze musiałam zdyscyplinować swój umysł i wtedy jakoś szło.

Na ostatnią noc wręcz się cieszyłam. Przy  jedzeniu dostałam budzik nastawiony na czwartą rano, z informacją, że mogę nacieszyć się wschodem słońca, a potem mogę jechać, bo  Lenka z Tomášem wstają dopiero około ósmej. Pożegnałam się z Lenką, która przy przynoszeniu ostatniego posiłku weszła do mnie do ciemności  i dała mi ostatnie instrukcje. Wcześnie poszłam się położyć i modliłam się, żeby przyszedł sen.

Ostatnia noc w ciemności była nieskończenie długa

Ale jak to zwykle bywa, to, czego najbardziej chcemy, nie przychodzi. Noc była nieskończenie długa. Miałam wrażenie, że jestem we władzy swojego umysłu i że tylko od niego zależy, kiedy zdecyduje, że jest rano. Ale w końcu jednak się doczekałam i budzik zadzwonił. Ten nieprzyjemnie piszczący dźwięk brzmiał dla mnie jak rajska muzyka! Pozwoliłam mu piszczeć do wyczerpania i byłam szczęśliwa,  że chociaż wiele razy w ciągu tygodnia chciałam pobyt w ciemności przerwać, to tego nie zrobiłam.

Pierwsze otwarcie  drzwi z ciemności właściwie jeszcze w ciemność było cudowne! W nos uderzył mnie przepiękny zapach przyrody, a  niesamowity wschód słońca nie kazał na siebie długo czekać. Zajęło mi to jakieś dwie godziny, zanim byłam pewna, że mogę wsiąść do samochodu i bezpiecznie odjechać.

Droga do domu była radosna. Przeszłam co prawda przez nieprzyjemny proces (przewinęły się przeze mnie chyba wszystkie emocje), ale czuję, że sensowny.

Jestem bardzo wdzięczna Tomášowi i Lence, że dali mi tę możliwość oczyszczenia i że oferują tę terapię wszystkim ludziom, którzy są nią zainteresowani.

Z miłością Tereza

Honza – pobyt w ciemności był wysoce inspirujący

Witajcie, Tomášu i Lenko,

chciałem się do Was sam odezwać już wcześniej, żeby podziękować za możliwość doświadczenia ciemności i za doskonałą, miłą obsługę podczas pobytu w sanktuarium… 

Spróbuję podsumować, czym jest dla mnie doświadczenie, jakim jest pobyt w ciemności. Jeśli znajdziecie w tym coś choć trochę przydatnego, śmiało wykorzystajcie to na stronie dla innych.

Do pobytu w ciemności przywiodły mnie książki o Tybecie

O praktykach dobrowolnego i celowego przebywania w ciemności dowiedziałem się kiedyś  z książek o Tybecie, Nepalu, o jodze, ale o tym, że coś takiego dzieje się także u nas, dopiero z programu Duše K, do którego Jaroslav Dušek zaprosił jako gościa  Romana Mlejnka, speleologa, który naprawdę odbył długie pobyty w ciemności w jaskiniach krasowych – to wydawało mi się trochę zbyt surowe. Potem przeglądałem w sieci oferty pobytów w ciemności w bardziej ludzkich warunkach i trafiłem na Waszą. Wydała mi się sympatyczna, więc zapisaliśmy się razem z Evą.

W ciemności przyszło to, czego zupełnie się nie spodziewałem, a pobyt, tak jak go sobie wyobrażałem, według tych wyobrażeń raczej nie przebiegł. Przed wyobrażeniami chyba nie da się całkiem obronić, ale w zderzeniu z rzeczywistością zwykle okazują się zwykłym ćwiczeniem umysłowym. Niezbyt przydatnym 🙂

Kryzysy w ciemności pomogła mi przetrwać joga

Za to przydatne okazało się doświadczenie z jogą (czy to pranajamą, czy asanami), qigongiem (najbardziej Żółty Mnich – zajmuje mało miejsca i nie wymaga tyle równowagi, która w ciemności daje w kość; przy Ośmiu Kawałkach Brokatu uderzałem rękami w sufit), ćwiczeniami medytacyjnymi i koncentracyjnymi; to pomogło przetrwać kryzysy, których było kilka.

Niektórzy uczestnicy mówią, że przespali pierwszy dzień czy dwa – ja spałem normalnie, czyli raczej mało. Sen z każdym kolejnym dniem się skracał i rwał. Pod koniec prawie wcale już nie spałem. Dopiero ostatniej nocy omal nie przespałem budzika.

Jedzenia było dość i smakowało mi. Zaskoczyło mnie, jak bardzo jem oczami, bo w ciemności nie miałem problemu poznać, że mam dość, choć w naczyniu jeszcze coś zostało. I potrafiłem nie dojeść. Przynajmniej nie od razu.

Odczucie ciemności – na przykład nie postrzegam jej jako czarnej.

Brak kontroli wzrokowej sprawił, że naprawdę potrafiłem się rozluźnić dopiero w drugiej połowie terapii ciemnością. Poza tym byłem cały czas w stanie jakiejś łagodnej paniki, lekkiego stresu. Co z drugiej strony chyba wyostrzyło i pogłębiło odczuwanie chwili obecnej. A czasem to była niezła jazda.

Inaczej było, gdy miałem oczy zamknięte, a inaczej, gdy otwarte – z otwartymi oczami wizualne obrazy były słabsze, mniej kolorowe i ubogo ustrukturyzowane. Za to z zamkniętymi to były plejady barw, cudownie prześwietlone formacje fraktalne, modele światów … Z każdym kolejnym dniem różnice jednak malały, barwy bladły, za to kształty były coraz bardziej cyzelowane, przybywało szczegółów.

Czasem doświadczałem przemiany bodźców dotykowych w wizualne. Na przykład pod prysznicem zamiast wody spływało po mnie cudowne złotozielone światło; zimna woda była bardziej w odcieniu niebieskim, ciepła bardziej w zielonym. Ale to też działo się tylko przez pierwsze dwa dni, potem ustało.

Przestrzeń podczas pobytu w ciemności się zmieniała

… Kiedy leżałem, przestrzeń wokół płynnie przemieniała się z gotyckiej kaplicy w hinduistyczną świątynię, potem znowu byłem w drewnianej chacie, a zaraz w jaskini … ale zawsze po lewej stronie „widziałem”, że ściana jest gęsto porośnięta bardzo soczyście zielonymi liśćmi o niezwykłych kształtach. Tak samo porośnięta była ściana przede mną, po prawej stronie. Kiedy  po tygodniu wyszedłem na zewnątrz, odkryłem, że w miejscach, gdzie ściany w wizji były porośnięte, naprawdę rosną drzewa – chyba jabłoń i grusza. I teraz nie wiem, czy w jakiś sposób połączyłem się mentalnie i energetycznie z ich istnieniem, czy może zarejestrowałem je podprogowo jeszcze przed wejściem do domku, a potem, tak jak inne treści nieświadomości, mimowolnie zwizualizowałem i umieściłem w wyobrażeniu. Ta pierwsza możliwość podobałaby mi się bardziej.

 Najróżniejszych wizji było mnóstwo, obok tych wywołujących euforię także takie, w których chyba ujawniły się ciemne strony mojej osobowości, które wypieram, mimowolnie, bo o tym nie wiem, i które dały mi przeżyć chwile czystej grozy i przerażenia, wobec których surowej brutalności ćwiczenia oddechowe i jakieś próby racjonalizowania sytuacji były praktycznie do niczego. Przeżycie takich chwil prowadziło jednak do akceptacji siebie. 

Narysowana żarówka, symbol pomysłu

Jedną z rzeczy (i chyba tą najistotniejszą) było w efekcie przeżycie własnej śmiertelności, które wciąż trwa i daje mi luksus niemal nieustannego odczuwania chwili obecnej. Dzięki temu częściej cieszę się z rzeczy i sytuacji, które wcześniej mijały i przepadały niezauważone. A szkoda. Dzień wydaje mi się teraz dłuższy, chyba tak jak dzieciom.

Pobyt w ciemności dał mi możliwość spotkania z samym sobą, może odrobinę coś zrozumieć, okazję spróbować wykorzystać czas tylko i wyłącznie dla siebie, bez wyrzutów sumienia, po prostu mimo ograniczeń zaznać trochę wolności. Czyli, z odrobiną patosu, wypatrywać światła w ciemnościach.

Starałem się napisać zaraz, gdy się odezwaliście, ale częściowo z powodu nawału pracy, a częściowo dlatego, że musiałem sam sobie poukładać niektóre emocje i uczucia związane z ciemnością i spróbować przełożyć je na bardziej konkretne kształty – na słowa, trwało to dłużej. 

Jak mówiłem już przy pożegnaniu: pobyt w ciemności był wysoce inspirujący.

Serdecznie Was pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego

Honza

Maru – jestem wdzięczna i tak jakoś wiszę w czasoprzestrzeni

No więc kochany Tomie i Lenko,

minął miesiąc od pobytu w ciemności? To mnie dość zaszokowało, ale biorąc pod uwagę, że każdy dzień jest wypełniony po brzegi, to się aż tak bardzo nie dziwię..

Przez kilka miesięcy bawiłam się myślą o pobycie w ciemności

Moja historia jest prozaiczna, przyszło do mnie poczucie, że mam iść do ciemności, przez kilka miesięcy się z nim bawiłam, a potem zaczęłam szukać, dokąd pójdę. U was, sądząc po stronie www, wydało mi się najserdeczniej i tak jakoś bez zbędnej pozłoty i balastu, więc się do was odezwałam. Bardzo się cieszyłam, że termin dostałam dopiero za pół roku, bo wiedziałam, że ma się jeszcze coś wydarzyć, żebym mogła cieszyć się pobytem w ciemności…wydarzyło się mnóstwo rzeczy, a ja stawałam się coraz silniejsza i silniejsza, aż poczułam, że zaczynam się cieszyć i być ciekawa samej siebie. Lęki, które były pół roku wcześniej, już zniknęły, mnóstwo spraw rozwiązało się już samą decyzją, żeby przyjrzeć się sobie – taka właśnie jestem – i jeśli się uda, może wyjaśnić sobie, co chciałabym zrobić ze swoim życiem w kolejnych latach.

Droga znikająca w świetle na horyzoncieNa pobyt w ciemności poszłam pieszo

Początek był cudowny, przyszłam (pieszo) z ciężkim plecakiem i zziajana, więc moim jedynym zmartwieniem był prysznic, jedzenie i zgasić światło. Tomáš wyjaśnił mi, co i jak, wszystko wydawało mi się łatwe do zrozumienia (i tak też było w rzeczywistości), więc wzięłam prysznic, zjadłam i od razu zgasiłam światło. czekałam, co będzie, nic nie przychodziło, tylko poczucie, że mam zapoznać się z pomieszczeniem i sprawdzić, czy przypadkiem nie wyprodukuję sobie jakiegoś strachu sama, skoro żaden się nie pokazuje ha ha no to wlazłam pod łóżko, chodziłam wzdłuż ścian, poszłam do toalety i nigdzie nic…więc mówię sobie, położę się i będę spać…a tu nic…zmęczenia ani śladu, ja z oczami szeroko otwartymi, czasem poćwiczyłam, pomedytowałam  i próbowałam zgadnąć, która jest godzina….bo znowu byłam głodna ha ha ..Tomáš przyniósł mi drugiego dnia jedzenie, starałam się nie zjeść go od razu całego, a potem znowu tylko leżałam i drzemałam…przychodziły dziwne sny…z niektórych budziłam się przerażona, ale potem uświadamiałam sobie, że tym strachem nie muszę się zajmować, i było mi dobrze…z jednego snu obudziłam się z płaczem i prosiłam o wybaczenie ludzi, wobec których tak to czułam…to było cudowne !!! Płakałam sobie porządnie na głos, mówiłam do siebie na głos…nikt mnie nie widział, nie słyszał, ani ja nikim się nie przejmowałam, tylko to uczucie wybaczenia…nic specjalnie innego się nie działo, tylko poczucie, że nie trzeba nic robić, nawet się ruszać…poczucie pustej czasoprzestrzeni, w której tak jakoś wiszę 🙂

Po powrocie dostałam zapalenia oczu, które bardzo mi pomogło przez kolejne czternaście dni ładnie nie patrzeć na zewnątrz, ale do środka…każdego dnia dziękuję za wszystko, co jest mi dane, i jestem wdzięczna, że mogłam zrobić sobie przystanek, który przyszedł we właściwym czasie i płynnie połączył się z całym moim dotychczasowym życiem, zarówno duchowym, jak i fizycznym.

Przyjaciele, jeśli was to tknie, nie bójcie się, jeśli podejmiecie decyzję, to zanim przyjdzie wasza kolej w ciemności, większość spraw rozwiąże się sama 🙂

Pięknego życia wszystkim życzy Maru 🙂

Milena – Pobyt w ciemności otworzył mi skrzynię ze skarbami

Cześć Tomáši i Lenko,

tak, minął już miesiąc, a na razie napisałam o tym tylko na facebooku…

Pobyt w ciemności dla urodzonej nieco wcześniej

Jestem już z tych urodzonych wcześniej, a ponieważ nigdy nie byłam nawet na porządnym urlopie, wymyśliłam sobie to na 64. urodziny. Spodziewałam się może czegoś więcej, ale dzięki i za to, co się działo. Po zgaszeniu światła odpoczywałam i było fajnie. Czekałam na jedzenie i po prostu sobie błogo leniuchowałam. Nawet nie chciałam wiedzieć, co mam w garnuszkach, chciałam to odgadnąć sama. Zaskoczyło mnie, jak przyjemna, przyjazna i otulająca jest ciemność! Trzeciego dnia już się nudziłam i zaczęłam wymyślać jakieś zajęcie. Wzięłam pusty garnuszek i od razu zrobił się z niego bębenek do szamańskich śpiewów. Nigdy czegoś takiego nie próbowałam i zaskoczyło mnie, jak to ze mnie wychodzi-to tam było, jakbym naprawdę była indiańskim szamanem. ☺potem przyszło mi do głowy spróbować anielskich śpiewów-no i to też tam było! Mój głos przez całe życie ledwo mieścił się w jednej oktawie, a tu w ciemności potrafiłam wyśpiewać oprócz własnych kreacji choćby „Niňo bambino karo”☺Czasem w przeszłości miewałam sny, w których latam nad ziemią i śpiewam takie anielskie tony….

A czekałam oczywiście, czy przyjdą jakieś demony, które straszyły mnie w snach. Nie przyszły. Myślę, że załatwiłam to z nimi wiele lat temu w jednym świadomym śnie. „Pędził na mnie z góry straszliwy demon z zamiarem zabicia mnie, rozszarpania, zlikwidowania w najgorszy możliwy sposób, a ja zrobiłam to, co zawsze, kiedy mam koszmar:zmusiłam się, żeby się obudzić. Jak tylko mi się udało i się „obudziłam”, uświadomiłam sobie:Nie, to źle, tak się tego nie robi! i zmusiłam się, żeby wrócić do tego snu , z powrotem do tej sytuacji-stanęłam demonowi na drodze i nie ustąpiłam ani kawałka. Spojrzałam mu w oczy i zapytałam:”Kim jesteś i czego ode mnie chcesz?” A miły demon zaczął się zmieniać w niegroźną ludzką twarz i rozpłynął się jak para. No więc tak-raz na zawsze mam sprawę z mamidłami załatwioną☺
Ostatniego dnia ciemność wydawała mi się bardzo jasna i miałam wizję jakiejś wielkiej czarnej góry otoczonej białymi chmurami, albo mogło to też wyglądać jak klif otoczony białą morską pianą. . . . . i jeszcze jakieś geometryczne obrazy i fraktale migają w polu widzenia. Jedyne, co widziałam w przepięknych chromowych kolorach, to o dziwo poukładane drewniane klocki, ciągnące się daleko. . . uciekały jednak, kiedy na nich skupiłam wzrok, odpływały gdzieś w bok i pojawiały się następne. ☺pewnie dlatego, że mam je w głowie już od paru lat jako materiał budowlany na mój domek w ogrodzie.

Ilustracja skrzyni ze skarbem pod wodą

Więc jeśli to podsumuję, mogę powiedzieć, że ciemność otworzyła mi skrzynię ze skarbami, o których nie miałam pojęcia. (Te śpiewy).
Muszę jednak ostrzec tych, którzy są starsi i mają na przykład kłopoty z kręgosłupem, więc nie mogą za dużo ćwiczyć, bo mogą skończyć jak ja. Po tygodniu leżenia mięśnie słabną, a ja odkryłam w Kutnej Horze, kiedy goniłam pociąg, że ciało od pasa w dół mnie nie słucha, mniej więcej jak po punkcji lędźwiowej-czułam się sparaliżowana.

Więc kto może-ćwicz! Po paru dniach doszłam do siebie, a teraz już ciągam z lasu drzewa na nasz domek.

Na koniec chcę podziękować Tomášowi, który był na to wszystko cały tydzień sam, jedzenie nosił nam z restauracji, było dobre, a najbardziej dziękuję za tę poduszkę, przyniósł mi swoją, bo ta, która tam była, łamała mi kark. . . . ☺☺♥

Karel – Chaos, pustka i negatywność

Różowa abstrakcyjna eksplozja na czarnym tlePobyt w ciemności od razu po jego zakończeniu oceniłem dla siebie jako bardzo korzystny i pożyteczny.

Oprócz znakomitej poprawy funkcji poznawczych (pamięci, koncentracji, wyobraźni, …) zauważyłem też dużo większy spokój w codziennym życiu i wyraźne ożywienie zmysłów.

Pobyt w ciemności działał jeszcze przez kilka dni

Niektóre ciekawe spostrzeżenia na temat działania ludzkiego myślenia i postrzegania uświadomiłem sobie dopiero po kilku dniach, na podstawie konkretnych sytuacji z codziennego życia. Uważam, że dla człowieka niezwykle ważne jest doświadczenie chaosu, irracjonalności, pustki i negatywności – a właśnie tego szukałem w ciemności.

Podobnie jak w muzyce cisza między poszczególnymi dźwiękami jest tak samo ważna jak same dźwięki, tak też deprywacja sensoryczna i chwilowe wycofanie się ze świata są dla zdrowego funkcjonowania ludzkiej psychiki niezwykle potrzebne i pożądane.

Pobyt w ciemności dla głębszej medytacji

W ciemności osiągnąłem o wiele głębsze i intensywniejsze stany medytacyjne niż zwykle i dużo lepiej mogłem też obserwować, jak nasz umysł dosłownie wsiąka w przedmiot, na którym się koncentruje, jak myśli poruszają się w określonych rytmach, wzorcach, jakie mają właściwości….

Tydzień w ciemności dał mi doskonały relaks fizyczny i psychiczny, dlatego poleciłbym go każdemu. Przez cały ten czas nie doświadczyłem ani jednego wahania emocjonalnego czy dyskomfortu, choć ich ewentualna obecność nie jest moim zdaniem argumentem przeciwko pobytowi w ciemności, bo nawet nieprzyjemne doświadczenie może się w dłuższej perspektywie okazać wartościowe.

Karel

Tomáš – okazja, by odwrócić się od grzechu

Dzień dobry, Tomášu i Lenko,
dziękuję wam za to, jak się o mnie troszczyliście 🙂

Minęły już dwa miesiące od zakończenia mojego pobytu. Miałem więc sporo czasu na przemyślenia i przetrawienie przeżyć. Moje doświadczenie z pobytem w ciemności będzie zapewne, tak jak u innych, dość odmienne i osobiste. No więc…

O pobycie w ciemności powiedziałem rodzinie

Jakieś osiem miesięcy temu, po roku, postanowiłem, że spełnię takie swoje marzenie i pojadę na tydzień na pobyt w ciemności. Kiedy powiedziałem w domu, że naprawdę zarezerwowałem termin, byli bardzo zaskoczeni, do tej pory tylko o tym mówiłem. Pojawiły się pytania, od nich i ode mnie samego, i różne wyobrażenia: jak tam będę jadł, jak będę się mył, że nie będę mógł tam czytać :).

Przez następne pół roku kilka osób pytało mnie, co tam będę robił przez tyle czasu. Odpowiadałem, że będę rozmyślał, cieszył się spokojem i czasem. Czasem pytali, jaki to ma sens. Sam do końca nie wiedziałem, wiedziałem tylko, że to będzie coś niespotykanego, czego człowiek ot tak nie przeżyje. Im bliżej był termin pobytu, tym więcej było pytań, czy się cieszę i czy się nie denerwuję. Niezbyt to rozumiałem, bo się nad tym nie zastanawiałem, pozwalałem temu płynąć swobodnie, żeby się nie okazało, że będę rozczarowany. Ale podczas czekania na termin pobytu w ciemności moje życie mocno się zmieniło. Trzy miesiące przed początkiem przeżyłem okoliczności, które doprowadziły mnie do wiary w Jezusa Chrystusa. Zostałem chrześcijaninem. W ciągu tych trzech miesięcy, które nastąpiły, wprowadziłem w swoim życiu wiele zmian, które miałem w planach na czas po pobycie. Po 5 latach przestałem palić papierosy, palić marihuanę, pić alkohol. Robiłem to naprawdę codziennie. Odnalazłem odpowiedzialność za swoje życie, a przede wszystkim za swoje decyzje. Człowiekowi jest bowiem bardzo dobrze, może wybierać, ale potem musi też ponieść odpowiedzialność za to, jak zdecydował. Moje życie i w ogóle myślenie o życiu, i postrzeganie się zmieniło. Każdy poranek, w który się budziłem, stał się Bożym darem, a każda chwila – możliwością, by zdecydować się być bliżej Boga albo się od Niego oddzielić. Na początku nie było łatwo, czasem miałem ochotę zapalić papierosa i się upić.. w końcu wszystko prowadziło do uświadomienia, wielkiego uświadomienia, czego tak naprawdę wewnętrznie potrzebuję, a nie tego, czego niby chcę.

Czas płynął i nagle znalazłem się kilka dni przed początkiem pobytu, nawet porządnie sobie tego nie uświadomiłem, dzięki temu, jak zmieniło się moje życie, minęło to naprawdę szybko. Rozmawiałem o tym pobycie z koleżanką, która opowiadała mi o wierze, i dzięki jej inspirującej historii, która jest naprawdę mocna – nie będę jej tu pisał, ale gdyby się dało, byłoby to lepsze niż to, co teraz piszę ja, pewnie połowę z was, którzy to czytacie, doprowadziłaby do łez, a drugą połowę do prawdziwej zmiany wartości w życiu. Powiedziała mi, że to nie jest droga, którą powinien iść chrześcijanin. Zastanawiałem się nad tym i przyszło mi do głowy, że przeżyję tam pokutę. Chwile, w których człowiek uświadamia sobie swoje grzechy ( postępowanie przeciwko Bogu ) i wyznaje je Bogu, bo to, co zostało wypowiedziane i wyznane w prawdzie, może zostać przebaczone. Przyszło mi więc do głowy, że to będzie dobra okazja, by odwrócić się od grzechu i zwrócić się ku Bogu.

Kiedy byłem z rodzicami w drodze, zatrzymaliśmy się jeszcze w Kutnej Horze, żeby przejść się po mieście i trochę nacieszyć się tym pięknem. Przyjechaliśmy do miasta, a SMS-a napisał mi jeden „stary” znajomy ( 70 lat ), poznaliśmy się, kiedy potrzebowałem pomocy w leczeniu atopowego zapalenia skóry, bardzo pomógł mnie i mojej rodzinie. Jest chrześcijaninem katolikiem i znamy się już jakieś 3 lata. Przez te dwa lata jakoś niezbyt brałem to pod uwagę, jego wiarę, ale teraz już sporo zrozumiałem. Ten pan na początku naszych spotkań bardzo mi pomógł, dzięki modlitwom i ziołowym herbatkom w ciągu miesiąca zniknął mi wyprysk z twarzy i potem czułem się już dużo lepiej wśród ludzi. Pisał, czy jestem w domu, że by wpadł, napisałem mu, gdzie jestem i dokąd jadę, a on od razu zasypał mnie informacjami, że to nie jest dobry pomysł, że to nie jest droga dla chrześcijanina. Trochę mnie to sparzyło, miałem możliwość wyboru, a docierały do mnie informacje, które sugerowały, że nie powinienem tam iść.

Moja decyzja była taka, że pójdę tam i że zostanę tam do końca. Rodzicom nie powiedziałem nic o tym, co mówili mi moi wierzący przyjaciele, tata nawet nie wiedział, że wierzę. Kiedy dotarliśmy, byłem mile zaskoczony otoczeniem i atmosferą. Taką ciekawostką było to, że spotkało się nas tam 3 Tomášów, 2 na pobyt, 1 tam mieszka na stałe :). Do ciemności poszedłem kilka minut później, niż mogłem.

Pobyt w ciemności nabrał mocy po zgaszeniu światła

pobyt-w-ciemnosci-grzechKiedy zgasiłem światło, wreszcie nabrało to tej mocy. Wszystko, na co się zdecydowałem, nagle tam było. Przez pierwsze dwie godziny miałem wrażenie, że nie zasnę. Siedziałem na łóżku i się tym cieszyłem. Ale potem powiedziałem sobie, że będę miał sporo czasu, więc spróbowałem też snu. Nie wiem, jak długo spałem, ale było to przyjemne. Kiedy się obudziłem, nie było już tak jak na samym początku. To było dziwne. W ciągu pierwszych kilku dni zjadłem wszystko, co miałem ze sobą, i zawsze bardzo cieszyłem się na jedzenie, które mi przynosili. Było wyborne.. Moje doświadczenie z ciemnością było takie, że z dnia na dzień coraz bardziej zapadałem się w swoje myśli, procesy myślowe, moje zachowanie i podejście do życia, z dnia na dzień wypełniało to moją przestrzeń.. nie było to dla mnie nic przyjemnego…w głowie przypominało mi się moje stare życie, przez te pięć lat sporo wypiłem i przeżyłem mnóstwo przygód, przeważnie dość szalonych, ale radosnych… przytłaczało mnie to, co porzuciłem… każdego dnia brało mnie to coraz bardziej, aż byłem w tym naprawdę zanurzony.. gdzieś w połowie mojego pobytu, chyba w środę, zasypiałem, modląc się do Boga, żeby dał mi jakiś znak, objawienie we śnie, modliłem się bardzo z serca, aż zasnąłem… nagle byłem przebrany w strój sportowy, w ręce trzymałem kij do unihokeja, na którym wisiały buty na zmianę, i stałem przed halą, którą mamy obok internatu… czekałem, aż zacznie się unihokej… zaczęło padać.. nagle wszędzie zaczął się rozlegać przepiękny dźwięk , to był dźwięk, który rozgrzał mnie w sercu tak, że całe ciało ogarnęło łaskoczące, kojące ciepło, deszcz zamienił się w śnieg .. rzuciłem kij i pobiegłem za tym dźwiękiem, to było coś jak organy, ale o wiele mocniejsze i piękniejsze.. od razu dobiegłem do wielkiej świątyni, która przypominała kościół, były tam wielkie drewniane drzwi, które otworzyłem, i zobaczyłem rzesze ludzi, stali w kolejce i powoli przesuwali się w stronę wielkiego drewnianego stołu, przy którym siedziało może 6 staruszek.. po chwili obserwowania zobaczyłem, że odchodzą od nich z talerzem zupy… wydało mi się to dziwne, myślałem, że będzie tam jakiś koncert albo coś… ustawiłem się w kolejce i posuwałem się naprzód… dużo rozglądałem się po ścianach i tak dalej, aż w końcu przede mną nikogo nie było, tylko ten stół i staruszki… kiedy zrobiłem ostatnie kilka kroków, zobaczyłem, że ta staruszka, która wydawała jedzenie, też już wzięła sobie talerz i była gotowa jeść, ale kiedy podszedłem, a ona mnie zauważyła, od razu przysunęła mi talerz, żebym wziął jej porcję… nachyliłem się do niej i powiedziałem jej, że chcę ją o coś zapytać… „To wszyscy ci ludzie są tu z powodu jedzenia ? ” .. odpowiedziała: „Nie tylko z powodu jedzenia, ale przede wszystkim z powodu zbawienia…” napełniło mnie to spokojem, już to wiedziałem… więc ją przytuliłem i powiedziałem jej, że bardzo dobrze wykonuje swoją pracę..

Kiedy rozmyślałem o tym śnie i komuś go opowiadałem, dotarło do mnie wiele znaczeń, które przechowuje dla mnie wspomnienie tego snu.. To, że człowiek wierzy w Jezusa Chrystusa jako zbawiciela, jest dla człowieka ważnym punktem zwrotnym od jego starego życia do nowego życia, w którym oddaje swoje życie Bogu i odwraca się od własnych pragnień ku temu, co Bóg potrzebowałby, żeby robił, żeby wykorzystywał swoje przymioty tak, jak On sobie tego życzy… i nie chodzi tylko o to, żeby człowiek czuł się dobrze i się tym karmił, ale przede wszystkim o to, żeby człowiek doszedł do zbawienia..

Pobyt w ciemności to moja odpowiedzialność

Od tej chwili było mi już trochę lepiej i już cieszyłem się na koniec… podsumowując, ponosiłem odpowiedzialność za to, że poszedłem do ciemności, z perspektywy czasu mogę naprawdę powiedzieć, że to nie jest akurat właściwa droga dla chrześcijanina, choć doszedłem tam do pewnych uświadomień… przytłaczała mnie tam moja przeszłość i mocno odczułem, że choćby człowiek myślał, jaki to nie jest dobry, to przed Bogiem wszyscy jesteśmy grzeszni, nie powinniśmy stać w miejscu, ciągle jest co ulepszać i zawsze będzie… po takim tygodniu czekał jednak na mnie niewiarygodny widok na „ciemność na zewnątrz”, wstałem jakieś pół godziny wcześniej, niż było w planie, i patrzyłem na krajobraz w świetle księżyca, a przy tym jadłem bardzo dobrą, przesłodzoną gruszkę, kolory, zapachy, wszystko było doskonałe, a ja po tygodniu odpocząłem od swojej głowy… to było bardzo kojące

Kolejne kilka dni było dla mnie dość ciężkich, bo przestaliśmy rozmawiać z tą koleżanką… w ciągu kolejnych kilku tygodni przeżywałem wielki ból i rozłąkę … podczas których po kwartale jednego dnia wypaliłem paczkę, wypiłem jakieś 10 piw i zapaliłem skręta, żeby napisać wam prawdę, nie pomogło to, tym gorsze było moje osobiste rozczarowanie moimi decyzjami

Potem sam sobie obiecałem, że już nigdy nie będę palił papierosów ani trawki i że przez rok nie będę pił, licząc od 12.6.2016, żeby przeżyć rok w wierze i umocnić swoją relację z Bogiem, a czy potem będę pił, czy nie, to zdecyduję później.

Minęły dwa miesiące od końca pobytu w ciemności, a moja wiara wciąż się umacnia, ale co jeszcze chciałbym wam napisać, to że z tą dziewczyną chcielibyśmy się pobrać, bardzo pragniemy być razem przez całe życie i powoli, ale pewnie to się nam spełnia, chociaż to tak niewiarygodnie ekscytująca i niepewna droga, że prowadzi do wielkiego zastanawiania się, podejmowania decyzji i uświadamiania, do wielkiej przemiany serca… naprawdę bardzo się kochamy, ale jeszcze nawet ze sobą nie chodzimy, dajemy sobie sporo czasu, najpierw ważne jest umocnić się w wierze, postawić Boga na pierwszym miejscu, potem się zobaczy, czy będziemy razem, czy tak ma być, ja bardzo mam nadzieję, że tak, bo do siebie pasujemy, i jeśli Bóg da, to kilka miesięcy po Nowym Roku moglibyśmy już ze sobą chodzić, minie rok, odkąd uwierzyłem… może wydaje wam się to dziwne, mnie też się tak wydawało, ale z każdym dniem rozumiem to coraz bardziej, Bóg istnieje, a kiedy oddacie Mu swoje życie, pomoże wam osiągnąć to, czego naprawdę potrzebujecie

Trzymajcie się pięknie
z pozdrowieniami Tomáš ( 20 ) 🙂
Bóg z wami

Kamil – w ciemności znalazłem szczęście, spokój i miłość

Żeby zacząć od samego początku… O terapii ciemnością dowiedziałem się jakieś 6 lat temu z jednego artykułu w gazecie. Bardzo mnie to zaciekawiło i od razu zacząłem igrać z myślą, żeby wypróbować tę „oczyszczającą” metodę na własnej skórze. Piszę oczyszczającą, bo tak właśnie przedstawiono terapię ciemnością w tamtym artykule. Przez ostatnie 6 lat od czasu do czasu trafiałem na kolejne artykuły, a później przeczytałem też książkę o pobycie w ciemności. Nawet po tych dodatkowych informacjach kojarzyłem „CIEMNOŚĆ” tylko z uporządkowaniem myśli i oczywiście z nietypowym przeżyciem. Na początku roku się zdecydowałem i zarezerwowałem termin. Później, ponieważ termin urlopu nakładał mi się z terminem pobytu w ciemności, próbowałem zamienić go na jakiś zwolniony, co się udało, i 18 czerwca miałem przyjazd. Na pobyt w ciemności cieszyłem się, a w dniu przyjazdu od rana byłem w dziwnym stanie apatii.

Pobyt w ciemności ładnie po zachodzie słońca

Po zachodzie słońca zamknąłem drzwi domku, wziąłem ostatni prysznic przy świetle, poukładałem rzeczy i odmierzyłem krokami odległości. Wziąłem oddech i nastała ciemność… Pierwszą noc przespałem, a od rana próbowałem ułożyć sobie jakiś plan dnia, żeby wypełnić zakładany tygodniowy pobyt w ciemności. Wstawałem, rozkręcając energię „à la” tai chi, śniadanie i higiena, krótki odpoczynek (który zwykle przechodził w sen), ćwiczenie jogi, krótki odpoczynek, potem zwykle przychodziła Lenka z wyśmienitym jedzeniem i nie mogło nastąpić nic innego niż badanie wszystkich smakołyków i zjedzenie części z nich (ulubiona część dnia), po jedzeniu dłuższy odpoczynek, ćwiczenia i prysznic i znowu krótki odpoczynek. W ciągu dnia próbowałem medytować, ale zwykle zasypiałem, co w ogóle nie wytrącało mnie z równowagi i przyjąłem to. Kolejnej nocy spałem trochę gorzej, zaczęły mnie pobolewać plecy, może od miękkiego łóżka, a może było to spowodowane oczyszczaniem organizmu, kto wie… Następnego dnia kontynuowałem plan i przeniosłem się z łóżka na podłogę, gdzie urządziłem sobie wygodniejsze posłanie.

W ciemności widziałem efekty świetlne

Drugi dzień zleciał jak woda, nic szczególnego się nie działo, a ja przyzwyczaiłem się do tej bardzo przyjemnej ciemności i przeżywałem intymne, wręcz pełne miłości uczucia samotności (oczywiście w pełni przyzwoicie :). Trzeci dzień od rana nie wydawał się niczym różnić od poprzednich, ale po porannej rozgrzewce zobaczyłem migające szczeliny między deskami boazerii na ścianie, potem przyszła świecąca czekolada, a w ciągu dnia zaczął mi się pokazywać jakiś jasny krąg z regularną kratką. Po jedzeniu nad głową przesuwały mi się już obłoki z kamyczków. Wszystkie te „efekty świetlne” traktowałem jako reakcję mózgu na brak światła, więc dalej trzymałem się planu dnia. Podczas ćwiczeń wokół głowy latały mi jednak już światła i nieznane twarze… Wziąłem więc prysznic, położyłem się na swoim posłaniu i tylko obserwowałem, co dawała mi ciemność. Nie wiem, jak długo to trwało, ale na ziarnistym ekranie przed moimi oczami rozgrywała się historia, a raczej koniec historii życia człowieka z dawno minionych czasów. Trzy razy w kółko oglądałem, przez co przeszedł (albo przez co ja przeszedłem), zanim dotarł tam, dokąd kiedyś dojdziemy wszyscy. I dokąd ja też na kilka sekund zajrzałem i poczułem bezbrzeżne szczęście, spokój i taką ilość miłości, że słowami nie da się tego nawet przybliżyć…

Cała ta historia była na czarnym ekranie przed moimi oczami, jakby nadawana z nieużywanej przeze mnie części mózgu, a po trzecim powtórzeniu głowa bolała mnie już tak bardzo, że próbowałem „projekcję” przerwać, ale cokolwiek robiłem, nie udawało mi się.

Gwiazdy po pobycie w ciemnościDlatego zdecydowałem się opuścić domek. Na zewnątrz, choć była około 2. w nocy, oślepiło mnie światło księżyca i minęło kilka minut, zanim byłem w stanie zrobić parę kroków z powrotem do naszego świata. Po chwili rozglądania się poszedłem po karimatę i położyłem się pod gwiaździstym niebem. Takich gwiazd jeszcze nie widziałem…

Do rana nie zmrużyłem oka, a z pierwszymi promieniami słońca, które witałem ze łzami w oczach, narodziłem się na nowo.

Jestem inny… …świat wokół mnie jest inny… już wiem, dokąd zmierzam, czego chcę…

Wciąż jest w moim życiu wiele wydarzeń, przy których nie jest dla mnie jasne, dlaczego się wydarzyły. Ale teraz jest już więcej tych, które wskoczyły na puste miejsca i zrozumiałem ich sens.

Każdego dnia zmieniam swoje życie na lepsze… I wierzę, że nie tylko swoje…

Dzięki za wszystko!

Kamil

Alex – panika i trauma wojenna

Pobyt w ciemności a trauma wojennaMinęły już prawie dwa tygodnie, odkąd Lenka z Tomášem odezwali się do mnie, czy nie napisałbym czegoś o swoim pobycie w ciemności. Od razu wiedziałem, że przynajmniej kilka linijek napisać chcę, ale właściwe słowa jakoś nie przychodziły, bo jak w prosty sposób opisać uczucie?

Pobyt w ciemności dla nowicjusza

Nie wiedziałem, w co się pakuję, ale ciemności się nie bałem, bo mówiłem sobie, że ciemność jest kobietą, więc na pewno dobrze się dogadamy. Jak podstępna jest ta kobieta, przekonałem się już dziesięć minut po zgaszeniu światła, bo udało mi się zgubić w kabinie prysznicowej (i przez kolejne dni to miejsce było dla mnie istnym Trójkątem Bermudzkim).

LOL Pierwsze dwa dni minęły zupełnie spokojnie, za to trzeciego dnia okazało się, że naprawdę każdy trafia do ciemności dokładnie w najodpowiedniejszym dla siebie momencie.

Na zewnątrz zaczęło przelatywać mnóstwo myśliwców (podobno w takiej skali to było niezwykłe), a w połączeniu z burzą i tym, że tego dnia kompletnie rozregulował mi się zegar biologiczny i straciłem poczucie czasu, wpadłem w dość dużą panikę i uruchomiło mi to „traumę wojenną”, którą już kilka razy przepracowywałem na przykład na ustawieniach rodzinnych.

Przed oczami migały mi obrazy nieba z samolotami wojskowymi i podobne rzeczy, uczucia były bardzo intensywne, a nawet zacząłem schylać się w drzwiach (jakby budziło to we mnie wspomnienia jakiegoś niskiego sufitu), ale czułem, że w ten sposób dochodzi do uzdrowienia.

W ciemności myślisz o tym, kim jesteś i dokąd zmierzasz

Oczywiście człowiek ma mnóstwo czasu, żeby myśleć o różnych rzeczach, o tym, kim jest i dokąd zmierza, i powiedziałbym, że pod tym względem bardzo mi to pomogło uporządkować myśli i wyjaśnić sobie, czego naprawdę chcę w życiu. Do tego ciemność dała mi pewien dystans, a nawet odwagę, bo mówię sobie, że skoro dałem radę ten tygodniowy pobyt w ciemności, to w życiu dam radę wszystkiemu; i na razie całkiem mi to wychodzi. 🙂

Dziękuję Wam obojgu za wszystko, a szczególnie chcę podziękować za znakomite jedzenie, chyba najbardziej wyróżniłbym kuskus z suszonymi pomidorami (mniam), i za cierpliwość, z jaką Lenka mnie wysłuchała, kiedy chciałem pogadać.

Na koniec podzielę się jeszcze ostatnim zdaniem, które zapisałem w ciemności w swoim dzienniku:

„Dziękuję ci, ciemności, za wszystko, to było super przeżycie.”

Z miłością Alex

Rezerwacja