Zamknąłem drzwi i niedbale oparłem się o drewnianą ścianę. Nie miałem się dokąd spieszyć. Spojrzałem w ciemność wokół siebie i upewniłem się, że nic nie widzę. W głowie zaczęła mi grać znana piosenka The Sound of Silence.
“Super, jestem tu… I co teraz?”
Pobyty w ciemności mają długą tradycję i organizuje się je na całym świecie. W przeciwieństwie do tybetańskich mnichów nie spędziłem jednak w ciemności czterech tygodni, tylko jeden. Mimo to tych siedem dni ciągnęło się co najmniej miesiąc.
Pierwszy raz czytałem o takich pobytach w jakimś czasopiśmie, może to był Forbes. Od razu wiedziałem, że kiedyś tego spróbuję, jakoś to czułem. I nie uwierzylibyście, jak bardzo się zdziwiłem, kiedy dwa lata później znalazłem pod choinką kopertę z bonem zaczynającym się od tajemniczych słów “Daję ci światło, daję ci ciemność.”
Istota ciemności
15 kwietnia dotarłem pociągiem do Kutnej Hory. Dwie godziny pieszego marszu później dotarłem do małej wioski, gdzie spotkałem się z Tomášem – moim przewodnikiem przez ciemność.
Wszedłem do domku, rozpakowałem rzeczy, zapamiętałem, gdzie co jest, i zgasiłem światło. Nawet po dziesięciu minutach nie potrafiłem rozpoznać palców swojej ręki oddalonych zaledwie o 15 centymetrów od oczu i musiałem pogodzić się z istotą ciemności – jest w niej ciemno.
Przyszło mi na myśl pierwsze pytanie – co ja tu właściwie będę robił przez cały ten czas? Chociaż w czerwcu 2017 ukończyłem wymagający dziesięciodniowy kurs medytacji, dzięki któremu prawie oduczyłem się nudzić, to było coś innego. Żadnego porządku do przestrzegania, żadnej dokładnie ustalonej pory kolacji, na którą można się cieszyć.
Nightlife
Rola przewodników po ciemności polega na tym, że codziennie przynoszą do ciemności jedzenie i są do dyspozycji, kiedy człowiek chce podzielić się swoimi przeżyciami albo problemami, które mogą go w ciemności spotkać. Jedzenie na cały dzień przynosili Tom albo Lenka nieregularnie między jedenastą a trzecią po południu. Po to, żeby człowiek naprawdę stracił poczucie czasu.
Pierwsze 24 godziny ciągnęły się niemiłosiernie
Spodziewałem się, że początek pobytu spędzę na nadrabianiu niedoboru snu, ale moje ciało postanowiło robić mi na złość i nie spać. Musiałem więc wymyślić program zastępczy.
Medytowałem, dojadałem przekąskę z pociągu, ćwiczyłem i zapisywałem najciekawsze myśli. (Tak, po ciemku też da się pisać – wystarczy za każdym razem naderwać brzeg strony w miejscu, gdzie się skończyło.)1
W końcu rozległo się walenie do drzwi domku – jedzenie dotarło! Poza pierwszym dniem zawsze bez trudu poznawałem, co wcinam, i cieszyłem się smaczną ucztą. Wielką przygodą było branie prysznica i mycie zębów. Najlepszy sposób, żeby po ciemku użyć pasty, to wycisnąć ją sobie prosto do buzi!
Jak spędzałem czas w Ciemności?
Wśród zajęć, którymi wypełniałem czas, wmieszało się też wspominanie dzieciństwa i tego, jak w podstawówce byłem pełen entuzjazmu, a z kolei liceum wysysało ze mnie energię. Obmyślałem nowe strategie biznesowe oraz swoje wizje i plany.
Uczyłem się też świadomego śnienia i wychodzenia z ciała, ale to temat sam w sobie. Sny, które mi się śniły, były niewiarygodnie kolorowe i wyraźne, jakby mój mózg rekompensował brak światła na jawie.
Nicnierobienie
Uświadomiłem sobie, że myślenie o czasie i o tym, ile jeszcze zostało mi do końca dnia czy pobytu, mnie stresuje. Najlepiej czułem się podczas medytacji albo zawsze wtedy, kiedy nie myślałem o przeszłości ani o przyszłości.
W praktyce potwierdziła mi się zasada, że całe cierpienie jest spowodowane myślami. Przypomniałem sobie, jak bardzo jesteśmy przywiązani do naszych budzików i deadline’ów i jak mało cieszymy się tym, co akurat jest.
Moim ulubionym ćwiczeniem w ciemności stało się nicnierobienie. Po prostu siadacie i nic nie robicie – żadnego myślenia, żadnych ćwiczeń fizycznych, nic, tylko jesteście i gapicie się przed siebie. Nie wygląda na to, ale to wcale nie jest proste. Jeśli wytrzymacie to ćwiczenie choćby 20 minut bez tego, żeby zerwać się z poczuciem, że coś musicie robić, możecie poklepać się po plecach.
Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do nieustannego strumienia myśli i aktywności. W ostatnich stuleciach pielęgnowaliśmy i doskonaliliśmy naszą zdolność krytycznego myślenia i analizowania i nie dociera do nas, że jest w porządku i wychodzi na dobre czasem nic nie robić.
Widziałem światło
Kiedy wyparłem myśli o czasie i naprawdę zanurzyłem się w ciemności, reszta pobytu minęła mi stosunkowo szybko.
Na podstawie opowieści innych ludzi, które czytałem przed pobytem, spodziewałem się wszelkich możliwych halucynacji. Pojawiło się jednak tylko chwilami irytujące, chwilami przyjemne migotanie w oczach, które w trakcie pobytu się nasilało.
Najpierw zacząłem widzieć wokół oczu białe światło, które migotało intensywnie, jak stroboskop. W kolejnych dniach światło zżółkło, a pod koniec pobytu poczerwieniało i się ustabilizowało, już nie migotało. Kiedy więc kładłem się na łóżku i zapisywałem coś w zeszycie, miałem wrażenie, jakby ze wszystkich stron świeciła czerwona lampka.
Czasem wydawało mi się też, że rozpoznaję zarysy przedmiotów w domku. Kilka razy za to zapłaciłem, kiedy w pół kroku, spodziewając się jeszcze dobrego metra wolnego miejsca, uderzyłem goleniem o ramę łóżka.
Odrodzenie
Tydzień w ciemności jest moim zdaniem bardzo wartościowy, ale na pewno nie piękny – po prostu dlatego, że w ciemności nic nie widzicie. Waszej dawki piękna i zachwytu nikt wam jednak nie odbierze, musicie tylko siedem dni poczekać.
Ostatniego dnia dostałem od Lenki budzik nastawiony na 4:30 rano. Budzik zadzwonił, ja wstałem, ubrałem się i pełen entuzjazmu i niecierpliwości otworzyłem podwójne drzwi prowadzące na zewnątrz domku.
Chociaż słońce jeszcze nie wzeszło, po tygodniu w absolutnej ciemności noc na zewnątrz wydawała mi się niezwykle jasna. Wiało świeże powietrze, a gwiazdy, niezasłonięte smogiem wielkiego miasta, pięknie świeciły. To było przepiękne uczucie, takie odrodzenie.
Z pozostałych trzech domków stopniowo wyszli też pozostali i zaczęliśmy rozmawiać. Potem razem usiedliśmy na skraju pobliskiego pola i obserwowaliśmy wschód słońca. Takie chwile naprawdę są tego warte.
Moja lekcja z ciemności
Pobyt w ciemności to intensywne przeżycie. Nie wiem, czy mam wam go polecić, czy nie. Myślę, że przyjdzie do was sam, kiedy nadejdzie właściwa chwila. A kiedy nadejdzie ta właściwa chwila, da wam strasznie dużo.
Być siedem dni tylko sam na sam ze swoimi myślami to nie jest coś, co przeżyjecie w “zwykłym” życiu. Uświadomicie sobie rzeczy, o których nie mieliście pojęcia. Macie czas, żeby przejrzeć i rozwiązać swoje wewnętrzne konflikty. Zresetujecie swój biorytm – śpicie, kiedy przychodzi sen, i jecie, kiedy jesteście głodni albo macie ochotę. Naładujecie swoje wiadro energii i uporządkujecie priorytety.
Czy jesteście prawnikiem, sprzątaczką, podróżnikiem czy pilotem, wszyscy coś z ciemności wyniesiecie w to wierzę.
Do ciemności z życzeniem?
Ludzie często idą do ciemności z konkretnym życzeniem i może wy też macie coś, co w swoim życiu chcecie rozwiązać. Ja nie miałem do rozwiązania nic konkretnego i może dlatego też nic konkretnego się nie wydarzyło, nie nastąpił żaden zasadniczy przełom. I właśnie to jest ta lekcja, którą chyba miałem wynieść z ciemności – że mam być zadowolony z małych postępów i nie oczekiwać przeżyć, które wywrócą mi życie do góry nogami.
No a czy pójdę znowu?
To się jeszcze okaże, na razie tego nie planuję, ale może po głębokim spokoju ciemności zatęsknię… Dziękuję ci, mamo, za to niezwykłe doświadczenie…


