Pojechałem poznać swoje granice
Kiedy zdecydowałem się na pobyt w ciemności u Tomáša i Lenki, do czego w dużej mierze przyczynił się też cudowny zbieg okoliczności, starałem się przygotować na wszystkie możliwe warianty tego, co mogłoby się wydarzyć. Ponieważ zdawałem sobie sprawę, że mogą się dziać także rzeczy, które nawet nie przyszłyby mi do głowy, już z góry postawiłem sobie jeden zasadniczy warunek. Powiedziałem sobie, że nawet gdybym miał sam ze sobą zwariować, nawet gdybym pragnął pobyt przerwać, nie zrobię tego. Tak bardzo byłem zdeterminowany, żeby poznać swoje granice i doświadczyć siebie naprawdę takim, jaki jestem. I tak wyposażony wyruszyłem w drogę.
Przed samym wejściem w ciemność zostałem oczywiście bardzo miło przyjęty, ale przyznam się, że sprawy związane ze światem zewnętrznym odbierałem raczej na marginesie. Byłem ciekawy i cieszyłem się na swoją wielką wewnętrzną przygodę. Po zapoznaniu się i obejrzeniu wzrokiem przestrzeni domku, w którym miałem spędzić następne siedem dni, pożegnałem się z Tomášem i chociaż planowałem doczytać jeszcze mniej więcej pięć stron książki, zanim zanurzę się w ciemności, pełen oczekiwania i niecierpliwości zgasiłem światło.
I tak zaczął się mój pobyt w ciemności
To było to. Już na samym początku świadomość, że ciemność przez kilka najbliższych dni będzie moim jedynym towarzystwem, sprawiła chyba, że nie odbierałem jej jako ciemności, w której jestem zanurzony albo w której się zgubiłem, ale jako żywą istotę, jakby była jedynym innym stworzeniem, które dzieli ze mną przestrzeń. I dokładnie tak samo podchodziła do mnie sama ciemność. Pierwsze kroki naszego poznawania się były łagodne, czułe. A mnie od razu zaskoczyły dwie rzeczy.
Byłem przygotowany
Po pierwsze byłem przygotowany na strach, przygnębienie, na obawy, na to, jak stawię czoła samemu sobie, jak razem z tym, że stracę z oczu cały otaczający mnie świat, stracę też sens. Byłem przygotowany zmierzyć się ze swoimi najgorszymi wewnętrznymi demonami i lękami. Bo właśnie z tym zwykle kojarzymy ciemność. Duchy, biesy, potwory pod łóżkiem, trupy w szafie, coś niewyobrażalnego, pustka. A wyobraźcie sobie, że przez pierwsze dwa, trzy dni nic takiego się nie działo.
Byłem, nic więcej
Siedziałem tam gotów stawić czoła wszystkiemu, co straszne i co mogło na mnie przyjść z tej ciemności, siedziałem i czekałem, a nie działo się zupełnie nic. Po prostu byłem. Później to jeszcze nabrało intensywności i właśnie ten fakt był jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie przywiozłem z ciemności. Nagle nie było nic. Nie było się czego bać, nie było się o co martwić. Byłem tylko ja. I na dodatek już na początku uwolniony od swoich wyobrażeń, myśli i oczekiwań.
Ciemność nie była pusta.
Nie było w niej tylko jej samej. Była pełna mnie. Nie mogło z niej przyjść nic, co nie przyszłoby ze mnie. A cokolwiek przyszłoby ze mnie, byłem zdecydowany poznać, zrozumieć i przyjąć. Przede wszystkim jednak zacząłem poznawać, czym właściwie naprawdę jest to „ze mnie”.
Mam wrażenie, że tak zaczęła się pewna gra, by stopniowo i powoli rozluźniły się i opadły wszystkie moje oczekiwania. Choć pojawiały się niektóre tematy (inne niż te, które sobie zaplanowałem), a praca nad sobą była bardzo ciekawa, dopiero mniej więcej po trzech dniach nastąpił pewien wyraźny przełom.
Ciemność zabrała mnie do wnętrza
Jakby ciemność najpierw mnie uspokoiła, poczekała, aż zerwę swoje bariery ochronne, i dopiero w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa zaczęła zabierać mnie w odważniejsze podróże. Wszystkie te drogi prowadziły do mojego wnętrza, gdzieś za mnie, za tę fizyczną istotę jawiącą się jakoś innym, którą dotąd znałem. Z braku zewnętrznych bodźców mój umysł zaczął się nudzić, wyciszył się, aż moje myśli prawie się wyłączyły.
Potem zaczęła się podróż do wnętrza. Ludzka świadomość potrzebuje patrzeć, odbierać, poznawać. A jeśli nie macie wokół niczego, co dałoby się poznawać; bez powodzi zjawisk, nacisków, wyobrażeń i potrzeb waszego otoczenia, wyciszacie się i nagle otwierają się drzwi do waszego wewnętrznego bytu.
To było metafizyczne i cudowne. Dopiero w ciemności miałem, może po raz pierwszy od chwili, kiedy zaczerpnąłem oddechu na tym świecie, prawdziwą przestrzeń, by być sobą. Do tej pory spotykałem siebie, poznawałem, ale nigdy nie mogłem poznać siebie naprawdę. Brakowało mi jednej wielkiej części, tej części, która była ze mną zawsze, tej wielkiej części, w której jestem zanurzony każdego dnia, tak automatycznie, że prawie przestałem ją wyraźnie odczuwać, choć byłem jej świadomy. Po prostu jakoś automatycznie o niej wiedziałem, ale już tak bardzo jej nie przeżywałem.
W ciemności spotkałem własną duszę
i odkryłem, jak wiele skarbów dla mnie skrywa, gdybym bardziej jej słuchał i gdybym bardziej poświęcał się takim chwilom jak ta. Jakby ciemność pozwoliła mojej rozbieganej uwadze wrócić z powrotem do mnie. Nie do tej istoty, która funkcjonuje w różnych relacjach i wzorcach, lecz do istoty mnie samego. Do czystego bycia tutaj.
Lepiej przeżyć to „na własnej skórze”
Mógłbym tu opisać cały pobyt, ze wszystkimi przeżyciami i rzeczami, które mi się odsłoniły. Możliwe, że ten swój krótki opis jeszcze uzupełnię. Ale wierzę, że o wiele lepiej przeżyć to na własnej skórze. Tak, pojawiły się też dwa trudne, czy raczej cięższe momenty. Na wszystko jednak zawsze pomagała obecność. Człowiek musiał po prostu jakoś do niej wrócić i to był bardzo dobry trening. Te momenty brały się z tego, że mój umysł albo dusza przebywały gdzie indziej niż tam, gdzie akurat byłem ja. Właśnie to zakotwiczenie w teraźniejszości było jedną z największych korzyści, choć daleko nie najgłębszą i najpiękniejszą. Te momenty przyszły dokładnie we właściwej chwili, dopiero kiedy zyskałem pełne zaufanie do teraźniejszości i do siebie.
Powtórzyłbym to
Chętnie kiedyś powtórzyłbym ciemność, może nawet na dwa tygodnie. Pewnie zależy to od człowieka, ale jeśli chcecie poznać samych siebie, to wiedzcie, że ten zewnętrzny świat, przez który się poznajemy, jest tu cały czas. Dobrze jest poznać też ten wewnętrzny i uświadomić sobie, kto właściwie ten zewnętrzny świat poznaje. Jeśli chcecie rozwiązać jakiś temat, ciemność może was zaskoczyć. Bez zewnętrznego wsparcia waszej wyobraźni nie zabierze was bowiem tam, gdzie myślicie, że jest problem, ale pokaże wam miejsce, gdzie problem naprawdę jest, a wy nagle z całą pewnością wiecie, że tkwił naprawdę w czymś innym, niż sądziliście.
Jeśli chcecie poznać, skąd bierze się wasza inspiracja, możecie doświadczyć połączenia z nieskończonym źródłem, z którym w swojej istocie jesteście jednym, co jest wspaniałe, jeśli tworzycie.
Co jest w ciemności najtrudniejsze?
To, co w ciemności jest chyba najtrudniejsze, to powrót do światła. Ciemność, przebywanie z samym sobą i w samym sobie, jest łatwiejsza niż światło, niż stawianie czoła temu światu tam na zewnątrz. W ciemności to naprawdę jesteście wy. Nie schowacie się za żadną rolą. Na zewnątrz czujecie potem, jak weszliście z powrotem na scenę, gdzie tylko niektórzy są świadomi tego, że właściwie grają.
Tak jak następują po sobie dzień i noc, dobrze jest doświadczyć siebie w świetle i w ciemności. Poznać się z obu stron i zobaczyć, że tam w środku jest jeden cały wielki wszechświat do poznawania i odkrywania. Bardzo się cieszę z tego doświadczenia. Może tylko teraz w „prawdziwym życiu” przydałoby mi się więcej okazji i przestrzeni, by patrzeć w siebie, i nie musieć skupiać całej swojej energii niemal bez przerwy na rzeczach wokół. Bo przy każdym pobycie, także tym w ciemności, człowiek powinien zdać sobie sprawę, że chodzi przede wszystkim o pobyt w sobie. Że wszystko to wokół i w środku to pobyt „we mnie”.
Z głębi duszy życzę Wam pięknego pobytu 🙂
Ondřej


