608 08 33 33

Martin – ciemność, światło i mucha

Przed pobytem w ciemności – światło

Początek mojego tygodniowego pobytu w ciemności był klasyczny… krótko po zgaszeniu światła położyłem się i zasnąłem. Tej pierwszej nocy przyśnił mi się sen, że przechodzę terapię ciemnością, ale z jakiegoś powodu znalazłem się znowu na zewnątrz, w świetle dnia. Ponieważ o pobycie w ciemności myślałem już od dłuższego czasu i cieszyłem się na niego, za wszelką cenę próbowałem dostać się z powrotem do swojej komórki. Zupełnie mi się to nie udawało. Kiedy potem rano się obudziłem, uświadomiłem sobie, że na szczęście nigdzie nie wyszedłem, że wciąż jestem w ciemności, i dosłownie zalało mnie uczucie radości. Świetny początek!

Po przebudzeniu nastąpiło niezbędne rozpoznanie otoczenia, zorientowanie się w przestrzeni, poranna toaleta i, ze względu na ograniczoną przestrzeń, niezbyt udana próba rozciągnięcia ciała na karimacie. Potem nastąpiło przeplatanie się pozycji leżącej i siedzącej, czuwania i snu. Przy pierwszej wizycie Lenki opowiedziałem jej swój sen i dowiedziałem się, że jedna pani w domku obok już rozważa zakończenie terapii. Znów uświadomiłem sobie, jak dobrze się czuję, i byłem za to bardzo wdzięczny.

Pierwsze nietypowe wrażenia pojawiły się drugiego dnia, kiedy przy szybszych zmianach pozycji zaczęły mi się pojawiać przed oczami drobne „mroczki”, jakby migały małe światełka. Z każdym kolejnym dniem te światełka pojawiały się częściej, także przy niewielkich ruchach. Najpierw przypominały mi małe iskry. Później, w miarę jak rosła intensywność, miałem raczej wrażenie stroboskopu migającego gdzieś na dyskotece, a w końcu przybrało to postać odbicia promieni słonecznych na tafli stawu, które figlarnie puszczały urocze „zajączki” w moje oczy, czy to otwarte, czy zamknięte.

Później te świetlne wrażenia dało się wywołać także bez ruchu, samym skupieniem. Zaczęło mi się nawet udawać uspokoić to miganie i zamienić je w stałe światło. Nietrudno było odkryć, że światło nie przychodzi z zewnątrz, tylko od wewnątrz. Jego ognisko znajdowało się w okolicy klatki piersiowej i najbardziej zalewało dolną część twarzy aż po powieki. Przy wyciszeniu i wewnętrznym skupieniu wzmacniało się i oświetlało całą twarz dosłownie nierzeczywistym blaskiem. Miało biały, aż złocisty odcień. Moja własna obserwacja potwierdziła mi w ten sposób wiedzę zdobytą już wcześniej, że wewnątrz nas znajduje się światło, że my jesteśmy tym światłem, tą energią. W pewnej chwili wyobraziłem sobie, jak to nasze małe, pozornie oddzielone światełko wraca po zakończeniu wcielenia z powrotem do źródła, i zalało mnie niezwykle intensywne uczucie błogości i rozkoszy. W głowie pojawiły mi się dwa słowa: fenomenalna sprawa!

Ciemność – ja i mucha

Wrócę jeszcze do początku, kiedy przed zgaszeniem światła oglądałem w domku pomieszczenia i zobaczyłem na ścianie muchę. Przyszło mi do głowy, że nie musiałaby to być tu akurat najlepsza towarzyszka, i muchę usunąłem.

Później, mniej więcej w połowie tygodnia, przy zasypianiu, w półśnie, miałem krótką wizję, w której nie wiadomo skąd, bardzo blisko przed moim lewym okiem, pojawiła się głowa jakiegoś owada z wielkimi oczami. Moje oko jakby tworzyło przestrzeń oddzielającą nas od siebie i przez nie gapiliśmy się na siebie. Przypominało to łudząco scenę z filmu akcji, kiedy patrzysz z okna biura w wieżowcu w szyby czarnego helikoptera tuż przed tym, zanim otworzy do ciebie ogień. Ta wizja trwała kilka sekund, wystarczająco długo i intensywnie, żebym dobrze ją zapamiętał.

Następnego dnia Lenka przyniosła mi jak zwykle świetne jedzenie, a kiedy po jej wyjściu zamknęły się za nią drzwi, krótko potem w ciemności rozległo się nagle charakterystyczne bzyczenie. To było powitanie. Po nim nastąpiło zapoznanie. Mucha rozpoczęła naloty z jednej strony na drugą, w górę, w dół, we wszystkich kierunkach. W pomieszczeniu o powierzchni kilku metrów kwadratowych człowiek zaczyna się wtedy czuć jak w Pearl Harbour podczas ataku japońskich myśliwców kamikaze. Kiedy tracimy jeden zmysł, podobno wzmacniają się pozostałe, żeby tę stratę zrekompensować. Przy utracie wzroku automatycznie wyostrza się więc słuch! Nietrudno sobie wyobrazić, jakie wspaniałe przeżycie akustyczne potrafi wtedy zaoferować taka mucha w tej małej przestrzeni w ciemności. Po wylataniu kilku kilometrów na szczęście nawet mucha się męczy, siada i cichnie. W tej pozycji zostaje zwykle dokładnie do chwili, kiedy zaczynasz zasypiać. Wtedy znowu odpala swoje silniki turbo i możesz być pewien, że ruszy w kierunku twojego nosa albo ucha. Kiedy potem z niewiarygodnym łoskotem próbuje dostać się do środka twojego ucha i trzepocze wokół skrzydłami, wyciszony terapią ciemnością człowiek ma wrażenie, jakby lądował na nim duży ptak, co najmniej wielkości kruka J

Następnego dnia jedzenie przyniósł Tom i na moje pytanie, co by można zrobić z muchą, mówi: nic, za dzień, dwa mucha zdechnie. Mam to podobno traktować tak, że pojawiła się tam z jakiegoś powodu i że tak ma być. Od razu dorzucił historię o medytującym samuraju, któremu na nosie siada mucha. Mieczem przecina ją na dwie części. Każdej z tych części odrasta ciało i z jednej muchy robią się dwie. Samuraj wszystkie likwiduje i po chwili ma wokół siebie cały rój much. Ładna historia, ładna puenta. Akceptuję muchę, nie walczę z nią, żeby problem nie narastał, pozwalam mu się rozpuścić. I rzeczywiście, mucha słabnie, jest coraz cichsza, nalotów ubywa.

Kolejnego dnia przy dostawie jedzenia już nawet nie pamiętam o musze i cieszę się chwilą. Ale tylko do momentu, kiedy za Lenką zamykają się drzwi i po chwili znów rozlega się znajome bzyczenie. Tym razem jednak mocniejsze. W odwiedziny przybyła bowiem najwyraźniej świeża mucha, młodsza, nowe pokolenie. Mucha z zapałem wielokrotnie przewyższającym zapał tej pierwszej. I naloty zaczynają się od nowa… J Ostatniej nocy dowcipny Wszechświat zastąpił muchę komarem… J

Wracając do terapii ciemnością …

Przez całą terapię ciemnością czułem, jak ciemność z miłością obejmuje mnie w swoich ramionach. Nieskończona ciemność bez żadnych granic. Piątego dnia, kiedy siedziałem na podłodze, dosłownie mnie zmroziło. Nagle zacząłem mieć wrażenie, że rozpoznaję zarys swojej nogi. Po prawej stronie obok mnie było jakby jaśniejsze miejsce, a kiedy machnąłem ręką, zasłaniałem je. Zaczynałem mieć wrażenie, że widzę też przestrzeń pokoju. Dostałem gęsiej skórki. Było to nieoczekiwane i miało do tego zaskakująco nieprzyjemny, posępny odcień. Czekałem, co będzie dalej, ale ku mojemu zaskoczeniu po chwili to zniknęło i znów zapanowała ciemność. Ponownie tego wywołać już mi się nie udało. Zostało tylko nieprzyjemne uczucie, przy którym, nie wiem czemu, przypomniała mi się księżniczka z baśni Bajaja, jak wchodzi do smoczej jamy… Kiedy potem po chwili znów się położyłem i zasypiałem, pojawiła się krótka wizja dziecięcego łóżka z kołdrą i zmieniającymi się obrazkami zwierząt. Dotarło do mnie, że to scena z mojego dzieciństwa, więc próbowałem głębiej się w to zanurzyć i z tym pracować. Było to niezwykle ciekawe i czułem, że także oczyszczające. Ostatnio coraz bardziej skłaniam się ku teorii, że nie wystarczy być tylko pozytywnie nastawionym „optymistą na siłę”, ale że jeśli człowiek chce być zdrowy psychicznie i fizycznie, to swoje traumy i blokady prędzej czy później i tak po prostu musi oczyścić.

Przez cały tydzień przeplatały się u mnie różne uczucia i nastroje, a ja łatwo dostrzegałem wychylenia emocjonalnego wahadła w jedną albo w drugą stronę. Raz na przykład zaraz po przebudzeniu odczuwałem w ciele tak przyjemny przepływ energii, że nabrałem przekonania, że terapia z każdym dniem robi się ciekawsza i że dla prawdziwych „koneserów” jeden tydzień to przeklęcie mało. Innym razem z kolei zadawałem sobie pytanie, co ja tu właściwie robię, skoro już dawno wiem, że powinienem iść drogą radości w chwili obecnej. Docierało do mnie, że jedno ludzkie życie jest zbyt krótkie, żeby je zmarnować na robienie rzeczy, których robić nie chcemy, i na kłótnie o coś, co właściwie wcale nie jest ważne.

Na zakończenie o moim pobycie w ciemności …

Po pobycie w ciemności łatwiej jest mi teraz uświadamiać sobie tę samą świetlistą naturę wszystkich istot żywych i absurd prób wywoływania wrażenia oddzielenia i odmienności jednego od drugiego. Potrafiłbym sobie dlatego wyobrazić wprowadzenie obowiązku przechodzenia terapii w więzieniach, gdzie przebywają ludzie najbardziej zagubieni w iluzji oddzielenia. Na zarzuty w rodzaju , że przestępców nie można zmuszać do pójścia w ciemność wbrew ich wolnej woli, odpowiedziałbym pytaniem, czy przypadkiem już sam fakt, że muszą być zamknięci w więzieniach, nie jest wbrew ich wolnej woli? Ale żeby prawu wolnej woli stało się zadość, zaproponowałbym przestępcom skrócenie wyroku w zamian za przejście terapii ciemnością J

Lenka poprosiła mnie, żebym w opisie swoich wrażeń i doświadczeń opisał także te ewentualnie negatywne (to sympatyczne podejście osobiście szczególnie doceniam). Długo trwało, zanim w ogóle przypomniało mi się coś, na co mógłbym jakoś „negatywnie” wskazać. No więc…może tylko drewniana podłoga mogłaby nie skrzypieć, elektryczny grzejnik przy stygnięciu czasem głośno trzaskać, a brodzik przywitałbym trochę większy 🙂

Poza tym poleciłbym energetyczne oczyszczanie pomieszczeń-domków, w których moim zdaniem osiadają najróżniejsze energie po poprzednich gościach, którzy zmieniają się tu w dość dużej liczbie. Idealnie widziałbym tu urządzenie Somavedic, które takie rzeczy niezawodnie oczyszcza (mam z nim prawie dwuletnie doświadczenie). Myślę, że ciemność sama w sobie nie potrafi tych rzeczy usunąć, bo wtedy ciemne podziemne lochy zamkowych katowni, w których dochodziło do aktów przemocy, musiałyby należeć do najczystszych miejsc. Że tak nie jest i zostają tam negatywne odciski energetyczne, wie chyba większość z nas…

Moje wielkie podziękowania należą się Lence i Tomášowi za to, że oferują ludziom tę możliwość. Wielkie podziękowania za ich całościową opiekę nad klientami. Specjalne podziękowania dla Lenki za jej świetne, urozmaicone jedzenie o wspaniałych smakach, najwyraźniej przygotowywane z miłością.

DZIĘKI!!!

Martin

Miesiąc po terapii ciemnością ….

Pobyt w ciemności wciąż wspominam jako ciekawe doświadczenie. Trochę zajrzałem w swoje wnętrze. Pośredniczyły mi w tym jednak nie tyle wizje, co raczej emocje, myśli, intuicja. W tej ciemności i ciszy dało się obserwować różne ciekawe rzeczy, na przykład to, że słowa są połączone z obrazami. Kiedy wypowiem słowo dom, w umyśle pojawia się obraz domu. To automatyczny i krótki proces, którego zwykle nie zauważamy. Potwierdza mi to teorię, że jeśli rzeczywistość wokół nas jest projekcją naszych wewnętrznych wyobrażeń (obrazów), to najwyraźniej dobrze jest uważać na to, co mówimy, o czym rozmawiamy. Tworzymy to w ten sposób. Ma to dla mnie sens. To ważne przesłanie zwłaszcza dla wiecznych „pesymistów, narzekaczy i malkontentów”, my już sobie to na szczęście uświadamiamy.

Najciekawsze było chyba doświadczenie z tym wewnętrznym światłem, o którym wspomniałem wcześniej. Jesteśmy ze światła, rośliny żywią się światłem, zwierzęta roślinami albo innym mięsem, które jest znowu tylko „zmagazynowanym” światłem. Moglibyśmy żyć tylko ze światła, gdybyśmy nie mieli programów o konieczności jedzenia.

Mnie osobiście nie kusi, żeby definitywnie przejść na odżywianie praną i wyrzec się jedzenia. Kusi mnie w tym jednak ta wolność wyboru. Nie jeść tylko dlatego, że muszę i że jestem od tego uzależniony, ale dlatego, że chcę. Dziś wiem, że jeśli nie będę jadł 21 dni (po moim poście), to przeżyję. To taka dwudziestojednodniowa pewność wolności. Ja jednak dość chętnie przywitałbym wolność trwałą, czyli wiedzieć, że mogę w każdej chwili odstawić jedzenie na dowolnie długo, a potem w każdej chwili znowu do niego wrócić. To byłby moim zdaniem stan idealny. Aż tak bardzo jednak za tym nie tęsknię, po prostu podoba mi się ta myśl. Pewnie powinienem jednak zacząć od tego, że przestanę się przejadać i odbierać sobie tym energię 🙂 Przestać jeść przy pierwszym uczuciu sytości zamiast mojego obecnego „przy trzecim uczuciu przejedzenia”! 🙂

Na pytanie, czy podczas pobytu w ciemności się nie nudziłem, odpowiadam, że nudą bym tego nie nazwał. Brak zajęć, owszem, ale pod nudą wyobrażam sobie coś trochę innego. Tutaj przez cały czas wiedziałem, że coś się dzieje, nawet jeśli tak to nie wygląda. Tę bezczynność sobie zaplanowałem, więc właściwie przez cały czas „realizowałem” tam swój plan… 🙂 Faktem jest jednak, że każda zmiana pozycji, kilka kroków do toalety, pójście po herbatę – wszystko to były niewiarygodnie przyjemne urozmaicenia, dosłownie przeżycia, te chwile wspaniale smakowałem. Nie cierpiałem więc, ale faktem jest, że cieszyłem się, kiedy będę to miał za sobą.

Przypomniało mi się jeszcze, że kiedy zacząłem się skupiać na tym miganiu i ono ustaliło się w stałe intensywne światło, nagle zacząłem słyszeć przepiękne odgłosy nocnej, śpiącej dżungli, takie, jakie znam z wypraw do peruwiańskiej Amazonii. Dokładnie tak, jak kiedy człowiek po zakończonej ceremonii ayahuaski spoczywa w ramionach nocy i delektuje się tym połączeniem z naturą, z Wszechświatem…. jeszcze pierwszego wieczoru w domu słyszałem te odgłosy dżungli, teraz już nie.

W ciemności często przypominała mi się ayahuasca. Jakżeby inaczej, obie poszerzają świadomość, prowadzą do tego samego celu, tylko każda trochę inną drogą. Podczas gdy ciemność to takie powolne rozpinanie bluzki guziczek po guziczku, to ayahuasca jest rozerwaniem bluzki jednym szarpnięciem 🙂

Tyle mój dodatek do pobytu w ciemności.

Martin

Podobne doświadczenia

Rezerwacja