Jak trafiłam na pobyt w ciemności?
O istnieniu pobytu w ciemności usłyszałam po raz pierwszy mniej więcej rok przed tym, zanim zdecydowałam się go przejść. Od pierwszej chwili ta myśl mi się podobała. Szukałam różnych informacji i w końcu spróbowałam kilkugodzinnej lekcji jogi w ciemności, którą instruktorka wymyśliła właśnie na podstawie swojego doświadczenia z pobytu w ciemności. Z czasem moje postanowienie, żeby pobyt zrealizować, nabierało coraz wyraźniejszych kształtów, aż do momentu, kiedy siedziałam w biurze z głową w dłoniach i powiedziałam sobie, że naprawdę go potrzebuję. Kilka minut później do drzwi zapukała sekretarka z formularzem dofinansowania wypoczynku od pracodawcy. Przyjęłam to jako znak i od razu zarezerwowałam pobyt.
Warto było poczekać
Chociaż na swój termin musiałam czekać trzy i pół miesiąca, zdecydowanie było warto. Z rozbawieniem obserwowałam reakcje otoczenia, kiedy oznajmiałam, że zamierzam na tydzień znaleźć się zupełnie sama w ciemności. Większości osób ta wizja się nie podobała i od razu oznajmiały mi, że „one by tego nie dały rady”, wielu ludziom pieniądze za pobyt wydawały się też wyrzucone w błoto.
Dostałam kilka propozycji „zamknięcia w piwnicy” za pół ceny. Niezliczoną ilość razy tłumaczyłam, że nikt mnie nigdzie nie zamyka, tylko robię to dobrowolnie i w każdej chwili mogę wyjść albo zapalić światło.
„A co ty tam będziesz robić?”
Niektórym ludziom myśl o tak grzesznie zmarnowanym czasie była tak obca, że wymyślali sposoby, jak pobyt przejść i jednocześnie go „obejść”, na przykład audiobookami. Myślę, że te reakcje ładnie pokazują, na ile czeskie społeczeństwo jest przyzwyczajone dbać o swoje zdrowie psychiczne i ilu z nas potrafi naprawdę być samemu ze sobą.
Wolałam pójść pieszo
Mimo możliwości wspólnego dojazdu samochodem z innym uczestnikiem zdecydowałam się przyjechać pociągiem do Bykáně, a pozostałe 6 km przejść pieszo. W pociągu się zamyśliłam i przegapiłam przystanek, więc droga wydłużyła mi się o kolejne dwa kilometry. Decyzja, żeby iść pieszo i spędzić tak sama ze sobą, jeszcze za dnia, półtorej godziny marszu wśród pól i odludnymi drogami, była znakomita. Miałam czas wyciszyć wnętrze i stopniowo oderwać się od zgiełku cywilizacji. W drodze powrotnej ta trasa z kolei pomogła mi powoli wrócić.
Do domku weszłam psychicznie przygotowana i z niezbędną pokorą
Po prysznicu, rozpakowaniu się i zjedzeniu czegoś na kolację zgasiłam światło tak jak każdego wieczoru przed snem. Odpadł mi w ten sposób stres związany z rozpoczęciem pobytu. Rano już światła nie zapaliłam. Chociaż ciemność w domku była absolutna, przez większość czasu miałam wrażenie, że panuje półmrok w zielonkawym odcieniu. Potem odwracałam głowę i byłam zaskoczona, jak jest ciemno. Tak samo poruszanie się po domku było nadspodziewanie proste i nie miałam problemów, żeby orientować się na wyczucie i nie wpadać na wyposażenie. Wiele razy sięgnęłam po łyżkę albo butelkę i od razu za pierwszym razem na nią trafiłam.
Zachowanie porządku
Z dnia na dzień wypracowałam sobie codzienne nawyki, których trzymałam się bez większego przymusu i które pomagały mi nie stracić całkiem poczucia czasu (na co przy pierwszym, próbnym pobycie nie czułam się gotowa) i zachować chociaż pozór uspokajającego porządku. Rano słyszałam z zewnątrz śpiew ptaków, wieczorem kumkanie żab od stawu, i to razem z przyniesieniem jedzenia między 11 a 15 godziną były główne wyznaczniki dnia.
Podczas pobytu czymś w rodzaju antymantry stał się dla mnie rym z wiersza w książce Bezsenność Stephena Kinga: Wszystko, co robię, załatwiam szybko, żebym mógł już zająć się czymś innym.
Antymantra niezawodnie potrafiła sprowadzić moje błądzące myśli z powrotem do teraźniejszości, do tego, co robiłam automatycznie, czy chodziło o jedzenie śniadania, czy o wykonywanie ćwiczenia. Postanowiłam szanować antymantrę także po powrocie.
Spodziewałam się, że zwłaszcza pierwsze dni prześpię niemal w całości z powodu długotrwałego niedoboru snu. Mimo to przespany czas nie był tak obszerny i z każdym dniem było go coraz mniej. Przez ostatnie trzy dni w ciągu dnia nie spałam już prawie wcale.
Trudno było oddzielić się od świata
Zwłaszcza przez pierwsze cztery dni bardzo trudno było pozostać poza światem i nie sprawdzić, jak reaguje na moją nieobecność. Od włączenia telefonu i szybkiego sprawdzenia sytuacji odwodziła mnie wyłącznie nieubłagana logika, która mówiła, że w żadnym możliwym wariancie, jaki nastąpi po włączeniu i (nie)załadowaniu wiadomości, ta czynność nie przyniesie mi w tej chwili nic dobrego. Tak samo jak nie włączyć telefonu trudno było nie otworzyć drzwi, żeby w nocy przejść się po ogrodzie i znowu wrócić.
Przysłuchiwałam się temu, co działo się poza sanktuarium
Część każdego dnia siedziałam przy drzwiach zewnętrznych, gdzie połączenie ze światem było najsilniejsze, i słuchałam odgłosów płynącego życia. Jak ja byłam wdzięczna za dźwięk kosiarki albo rzadkie krzyki dzieci! Zwykle jadłam przy drzwiach, oparta o framugę, siedziałam na poduszce do medytacji i śpiewałam sobie. Ciekawe, że przypominały mi się inne piosenki niż te, które zwykle często sobie śpiewam. O niektórych nie pamiętałam od lat.
Przez ostatnie dwa dni bawiłam się piosenką współczesnego czeskiego pieśniarza Pokáča, Sám doma.
Bez światła myślało mi się inaczej
Poza tym, że myśli były głębsze i ostrzejsze, cały proces działał inaczej. Jakbym była w półśnie. Przez cały czas zdawałam sobie sprawę z sytuacji, w której się znajduję (leżę po ciemku na łóżku), ale jednocześnie miałam o wiele lepszy dostęp do wyobraźni. Na pewno pomógł też brak rozpraszaczy, które odciągałyby moją uwagę i pozwalały mi prokrastynować.
Czwartego dnia nastąpiła u mnie kolejna zmiana w sposobie myślenia. Zaczęłam patrzeć na tę samą rzecz pod innym kątem, związane z nią przeżycia bardziej się rozluźniły i łatwiej było z nimi pracować. Nagle miałam dostęp tam, gdzie jeszcze nigdy nie dotarłam.
Siódmego dnia znów doszło do pogłębienia na jeszcze bardziej wewnętrzny poziom. Także dlatego trochę żałowałam, że mój pobyt w ciemności dobiega końca i nie mam czasu, żeby ten nowy wymiar zbadać. Z tego punktu widzenia zgadzam się z innymi uczestnikami – pobyt krótszy niż tydzień nie ma większego sensu.
Niektórzy uczestnicy opisują różne doświadczenia halucynacyjne, których tu zaznali. Nie sądziłam, że coś takiego przeżyłam, aż do momentu, kiedy na pytanie o halucynacje odpowiedziałam, że żadnych nie było. Tylko czasem wydawało mi się, że moje łóżko znajduje się wewnątrz starożytnej świątyni z rzeźbionymi rozetami na ścianach albo że patrzę na kamienną ścianę z dużym pęknięciem.
Zawsze był to obraz oświetlony zielonym światłem, którego źródło znajdowało się za moimi plecami. Z reakcji innych zrozumiałam, że i takie doznanie chyba nie jest całkiem zwyczajne i można by je uznać za halucynację. Poza halucynacjami wzrokowymi przeżyłam sporo niewiarygodnie żywych wyobrażeń czy wizji. Również sny były bardzo namacalne.
Myślałam, że wiem, czym chcę się zająć w ciemności
Do ciemności szłam z dość jasnym wyobrażeniem, co chcę w sobie domknąć i na czym się skupię. To było naiwne wyobrażenie. Przy niektórych sprawach, nad którymi dumałam w poprzednich tygodniach, odkryłam, że mam je dawno zamknięte.
Za to odkryłam, że niektóre rzeczy dręczą mnie bardziej, niż przy świetle jestem gotowa przyznać. Ciemność pozwoliła mi być wobec siebie całkowicie szczerą.
Największą obawą, z którą przychodziłam do ciemności, było to, jaki wpływ na moją psychikę będzie miało grzebanie w bolesnych miejscach. Wpadnę w głęboką depresję? Czekają mnie duże wahania nastroju? Będę przeżywać strach? Przez zdecydowaną większość czasu miałam świetny nastrój i cieszyłam się zarówno ciemnością, jak i samotnością. Mimo sporadycznych chwil z trudnymi tematami udawało mi się zachować pozytywne spojrzenie i nieraz się z siebie pośmiać.
Obfitość jedzenia
Tak jak opisują inni, również ja odczuwałam smak jedzenia inaczej, a zwłaszcza wspaniałe herbaty ziołowe niesamowicie mi smakowały. Suszone owoce miałam okazję poznać zarówno w ciemności, jak i rano przy świetle. To, co smakowało ciekawie i niecodziennie, rano, kiedy zobaczyłam, jaki to właściwie owoc, nie smakowało mi ani trochę. Makaron nie smakował mi ani w najmniejszym stopniu. Tak samo tempeh był dla mnie niejadalny. Za to warzywa zajadałam się z zachwytem do ostatniego kęsa. Przez cały pobyt miałam poczucie, że jedzenia mam w obfitości i jem do syta. Dopiero patrząc wstecz uświadomiłam sobie, że wcale nie jadłam aż tak dużo. W końcu też zużywałam minimalnie energii.
W ciemności potrzebujesz strasznie mało
Wszystkie ubrania, trochę własnych zapasów orzechów i owoców i dość dużą pluszową fretkę bez problemu zmieściłam w plecaku. Z rady, żeby zabrać ze sobą „dobry humor, dobry humor, dobry humor i kapcie”, niestety olałam punkt czwarty i gorzko żałowałam swojej wygody. Spakowałam jednak ciepłe skarpetki, więc sytuacja nie była stracona. Dwie najważniejsze rzeczy, które miałam ze sobą, to wspomniana pluszowa terapeutyczna fretka, do której mogłam się przez cały czas przytulać, i szklana butelka na wodę. Do butelki przez cały dzień nalewałam sobie z termosu gorącą herbatę, więc nigdzie jej nie rozchlapałam i mogłam ją popijać choćby w łóżku, kiedy tylko chciałam.
Tak sobie końca pobytu nie wyobrażałam…
Kiedy przyszedł dzień wyjścia, nie mogłam już spać i bałam się, że przegapię wschód słońca, na który niesamowicie się cieszyłam. W końcu budzik jednak zadzwonił, a ja zgodnie z instrukcjami przygotowałam się do otwarcia drzwi na zewnątrz. Tylko że, o rety, jakkolwiek bym nie łapała za klamkę, nie udawało mi się ich otworzyć. Przypomniałam sobie, jak Lenka przy przyjeździe mówiła coś o tym, że mogę się w domku zamknąć na klucz. Zakładałam więc istnienie jakiegoś klucza. Którego jednak w zamku nie było i z tego, co pamiętałam, nie było go tam także przy przyjeździe. Zaczęłam więc zawzięcie szukać klucza po korytarzu. Na próżno. W końcu się poddałam i postanowiłam zapalić światło w sąsiednim pomieszczeniu. Tak sobie swojego wspaniałego zakończenia pobytu nie wyobrażałam.
Siedziałam na podłodze przy umywalce w półmroku, wszystko mi wirowało i czekałam, aż przyzwyczaję się do światła. Po kilkudziesięciu minutach znów ruszyłam szukać klucza. Na próżno. Z wizji, jak czekam kolejne trzy godziny, aż ktoś mi otworzy, musiałam się śmiać tak, że aż płynęły mi łzy. W końcu po raz enty spróbowałam złapać za klamkę i drzwi się otworzyły. Najwyraźniej do tej pory ciągnęłam w przeciwną stronę. Zupełnie zapomniałam o istnieniu drugich, zewnętrznych drzwi. To na nich był ten wspomniany zamek.
Ruszyłam na spotkanie ze światem na zewnątrz
Otworzyłam drzwi na oścież i stałam oniemiała. Cały ogród, ba, cały świat przepięknie pachniał! Tuż przed wejściem na czereśni zawiązywały się pąki zielonych czereśni, a po gałęziach skakały i świergotały ptaki.
Usiadłam w progu i zafascynowana obserwowałam scenę przed sobą. Tego ranka była gęsta mgła, więc ze wschodu słońca i tak nie miałabym wiele.
Zjadłam śniadanie, spakowałam to niewiele, co miałam ze sobą, i ruszyłam w drogę. Wędrówka przez budzący się poranek miała w sobie coś magicznego.
Powrót z ciemności był dla mnie pouczający
Był pouczający także jeśli chodzi o ocenę charakteru relacji z bliskimi. Zwłaszcza z wiadomości, które po włączeniu telefonu zaczęły się ładować, wyraźnie było widać, jak druga osoba mnie postrzega. Bardzo ucieszyły mnie potem takie, w których było napisane, że dana osoba tęskni i żebym się dobrze bawiła, albo po prostu, że wita mnie z powrotem.
Ponieważ na pobyt wyjechałam w środku poważnych życiowych przewrotów, wszystkie sprawy do załatwienia nagromadziły się podczas mojej nieobecności i po powrocie groziły, że mnie przygniotą. Tydzień poza światem był tylko czymś w rodzaju kredytu z bardzo wysokim oprocentowaniem. Zgromadzoną energię, wewnętrzny spokój i dobre samopoczucie bardzo szybko więc wydałam.
Powinnam była po wszystkim odpocząć
Dziś już wiem, że po powrocie powinnam była wziąć jeszcze dzień, dwa dni odpoczynku na słońcu, z dala od wszystkiego i wszystkich, na przetrawienie przeżyć. A tak musiałam na siłę przełączyć się na zwykły tryb i na pytanie, jak było na pobycie i co z niego wyniosłam (i czy znalazłam sens życia), nie potrafiłam odpowiedzieć nawet sama sobie, a co dopiero komukolwiek innemu.
Życie na zewnątrz przez pierwsze kilka dni wydawało mi się niewiarygodnie przyspieszone i zupełnie nie nadążałam przetwarzać bodźców. W kółko zadawałam sobie pytanie, dlaczego tak jest, za czym wszyscy tak gonimy, często nie widząc w tym sensu?
Mimo to postrzegam przeżycie tygodnia w ciemności jako bardzo cenne doświadczenie, które znów trochę mnie posunęło do przodu. Choć potencjału pobytu nawet w przybliżeniu nie wykorzystałam.
Chciałabym wrócić w przyszłym roku
Ten sposób łączenia się ze sobą zdecydowanie nie jest dla każdego. Jeśli człowiek nie czuje potrzeby, pragnienia, żeby udać się do ciemności, najpewniej tam nie wytrzyma. Ja cieszyłam się każdą jego sekundą i chętnie wróciłabym w przyszłym roku w zimie, tym razem na osiem albo dziewięć dni, żeby mieć możliwość zanurzyć się głębiej.
Bardzo dziękuję Tomowi i Lence za możliwość przeżycia u nich pobytu. Opiekowali się mną perfekcyjnie i mają moją bezgraniczną wdzięczność za to, że wyszli naprzeciw moim wymaganiom dietetycznym. Uważali na mnie i zawsze przychodzili w dobrym humorze, więc nawet codzienny kontakt przy podawaniu jedzenia nie zakłócał terapii.
Chętnie wrócę znowu
Radka


