Cześć Tomášu (z Lenką się nie spotkałam, więc przepraszam),
może nadszedł już czas na podsumowanie – wygląda na to, że przeżycia i wrażenia z pobytu w ciemności już się ustaliły… Więc jak to było ze mną…
Na pobyt w ciemności prosto z marszu
W wielu wpisach czytam, jak chętni długo zbierali się na odwagę i jak długo z wyprzedzeniem wszystko załatwiali… U mnie było inaczej. To prawda – o terapii ciemnością kiedyś dawno coś słyszałam, ale w ogóle mnie to nie zainteresowało i całkowicie tę informację wyparłam…
Potem pewnego dnia przyszedł do mnie na zabieg klient, który w trakcie terapii wspomniał, że był na pobycie w ciemności. Jego opowieść o przeżyciach z ciemności bardzo przypominała mi książkę Jacka Londona „Kaftan bezpieczeństwa”, którą kiedyś uwielbiałam. Przy jego opowieści przypomniały mi się też moje własne przeżycia z częściowo spontaniczną regresją podczas jednej z moich prób pozbycia się uporczywych bólów głowy, które męczą mnie od dzieciństwa…
I tak przyszła ciekawość 🙂
Usiadłam do internetu i wstukałam hasła typu terapia ciemnością, pobyt w ciemności itp…. Jeden ze znalezionych linków zaprowadził mnie na waszą stronę. Spodobała mi się, więc napisałam do was. I od razu dostałam propozycję rezerwacji terminu w nowo budowanym sanktuarium. Pierwszy musiałam odrzucić (kolidował z moim pobytem za granicą), ale udał się zaraz drugi – jakieś 2 miesiące od zgłoszenia. Po prostu impuls przyszedł akurat wtedy, kiedy wszystko było już dla mnie przygotowane, więc nie było się nad czym zastanawiać…
Kupiłam sobie jeszcze książkę o terapii ciemnością, zapłaciłam opłatę rezerwacyjną i zaczęłam przygotowywać rodzinę na „kolejny z moich dziwnych wybryków”
Celu pobytu w ciemności nie miałam
Jasnego celu sobie nie wyznaczyłam. Co prawda mówiłam sobie, że fajnie byłoby trochę bardziej zanurzyć się w medytacji (bez psa plączącego się pod nogami i telefonów spragnionych terapii klientów czy babć i dzieci), jakiejś wycieczki w swoją przeszłość, rozprawienia się z traumami z dzieciństwa, rozbicia starych blokad zakotwiczonych w podświadomości itp. też bym nie odrzuciła, ale w zasadzie byłam po prostu ciekawa, co to ze mną zrobi i czy będę w stanie to wytrzymać. Żadnego wielkiego strachu jednak nie miałam… Jeśli się nie uda, to po prostu wyjadę trochę wcześniej, no i co…
Potem zaczęły się piętrzyć problemy – pies zachorował, auto się zepsuło, przyszedł niesamowicie wysoki rachunek za dopłatę za wodę (zepsuty wspólny wodomierz w bloku), babcie, ogródek, dzieci… Problem za problemem… Aż prawie wyglądało na to, że po prostu nie pojadę.
Pojawił się też jeden zdecydowanie negatywny wpis o pobycie w ciemności – tyle że na mnie zrobił takie trochę wrażenie, że pan autor potraktował pobyt w ciemności jako pewną formę rywalizacji z samym sobą. Jakoś mi to nie pasowało…więc wzięłam to tylko jako kolejną informację…
Nie dałam się. Oddałam auto do naprawy (żeby dzieci miały czym ewentualnie zawieźć psa do weterynarza), pieniądze w końcu też jakoś się znalazły i pojechałam. Wszystkich klientów uprzedziłam o swojej nieobecności, zapomniałam nagrać wiadomość na sekretarkę, a dzieciom zapomniałam nawet dać numer do Tomáša na wypadek nagłej potrzeby. Przygotowałam im tylko żelazną rezerwę gotówki (i naprawdę w końcu się przydała) i zniknęłam ze świata.
Pobyt w ciemności był właściwie szabatem
Przyjechałam – trochę spóźniona, więc nie spotkałam żadnej z pozostałych kandydatek na pobyt (zebrały się nas 4 baby :), poznałam wspaniałe domowe psy pociągowe (Tomášu, proszę Cię, podrap je ode mnie za uchem), Tomáš wprowadził mnie do domku pachnącego nowością, pokazał mi, co gdzie jest, i wyjaśnił, jak będzie z jedzeniem i piciem… Zapytał też, czy będę jeść, czy urozmaicę sobie pobyt głodówką. Głodówka też mnie kusiła, ale ponieważ znam się już od jakiegoś czasu, wyjaśniłam Tomowi, że jeść będę, bo kiedy nie jem, przez pierwsze 3 dni boli mnie głowa, a przy tym „rzygam jak kot”, co mnie niespecjalnie kusi nawet normalnie, a co dopiero w ciemności…
Przygotowałam wszystko tak, żebym wiedziała, gdzie co jest, powtórzyłam sobie rozmieszczenie, wypróbowałam szukanie po omacku z zamkniętymi oczami… no a potem już tylko zgasiłam światło … i była ciemność…
Pierwszy wieczór był bez problemów. Zajadałam owoce (oprócz czereśni – na te nie odważyłam się po ciemku, bo w jedzeniu nie lubię towaru z drugiej ręki, a owoce wolę spożywać bez białka) i pilnie ćwiczyłam. Medytacja za bardzo nie szła. Do głowy pchało mi się wszystko – głównie sąsiedzi, z którymi mamy od jakichś 8 lat niesamowite problemy…, ale też dzieci, pies, mama i jej życiowe zasady dla mnie…
Gdzieś drugiego dnia Tomáš przyniósł jedzenie – porcję jak dla górnika. Było bardzo dobre, więc tak stopniowo je zjadałam…
A potem przyszła „migrena”! A niech to licho. Najgorzej było trafić do miski przy wymiotowaniu 🙂 . No, ale po chwili i tak nie było już czym wymiotować… Mówiłam sobie – no to pięknie. To będzie porządnie przerzygany pobyt w ciemności.
Na szczęście tym razem moja główka postanowiła boleć tylko jakieś pół dnia. Drugi posiłek Tom co prawda i tak mi zostawił, ale jako środek wymiotny działało nawet samo powąchanie, więc nic.
No a skoro już moje ciałko tak to sobie ustawiło, to czemu by mu nie wyjść naprzeciw – dodałam sobie do pobytu w ciemności i tę głodówkę 🙂
Gdzieś w poniedziałek przyszło mi do głowy, jak się ma nasz piesek, i dopadła mnie troska o jego dobro… potem zamknęłam to dla siebie tym, że nasze zdolne dzieci na pewno jakoś sobie poradzą (później dowiedziałam się, że pomyślałam o nim akurat w czasie, gdy udało mu się wbić sobie aportowany patyk w gardło). Potem już tylko okropnie się nudziłam. Tomáš mówił mi, że to dobrze. Pomyślałam więc swoje i przynajmniej intensywnie ćwiczyłam i ćwiczyłam, i ćwiczyłam, żeby się jakoś zająć.
Już prawie znowu zrobiłam mostek z pozycji stojącej i podobne wygłupy jak za młodu, kiedy moje ciałko uznało, że używam tych ćwiczeń jako ucieczki od tego, co mam robić (nudzić się :D). I ukróciło to – zablokowałam sobie plecy (a właściwie SI, ale efekt był ten sam).
I znowu zastanawiałam się, czy tego nie rzucić. Ale potem uświadomiłam sobie, że w tym stanie i tak nie dałabym rady dojechać do Pragi, więc, dla odmiany :), poświęciłam się ćwiczeniom wyłącznie rehabilitacyjnym i starałam się po prostu przetrwać…
W połowie miałam masę żywych snów
Zbliżał się koniec 5 dnia i oprócz tej migreny i zablokowanych pleców właściwie nic się nie działo. Miałam co prawda masę dziwnych żywych snów, w których widziałam mnóstwo czarnoskórych ludzi w typowo afrykańskim krajobrazie, czasem mignął mi tam ktoś z rodziny i przyjaciół czy wrogów, ale poza tym nic niezwykłego. Ruszać się za bardzo nie mogłam, leżenie też mnie bolało, więc tak tu i tam podrzemywałam i czekałam, aż Tomáš przyniesie mi pełny termos z herbatą. Po odgłosach docierających do mnie przez ścianę trochę rozpoznawałam, czy jest akurat dzień, czy noc, ale poza tym nic a nic…
Komiczne wydało mi się to, że przyłapałam się na tym, że choć była ciemność, chodziłam ciągle z zamkniętymi oczami…
Potem raz tak jakoś zasnęłam i nagle obudziło mnie światło. Ostre, intensywne światło przenikające przez ścianę domku. Tak intensywne, że mnie obudziło i nie dało się przed nim schować. Takie światło, jakie można zobaczyć w filmach o porwaniach przez UFO :D.
Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to: „Który baran mi tu tak głupio świeci tym reflektorem?” Potem uświadomiłam sobie, że na zewnątrz jest grobowa cisza i nawet psy się nie odzywają… Powiedziałam więc sobie, że to musi być Tomáš, i próbowałam mu na odległość podsunąć myśl, że mógłby przestać się wygłupiać, zgasić i dać mi spokój… Potem uświadomiłam sobie, że ta ściana przecież jest z płyt, a nie z desek, a do tego jest tam podobno warstwa izolacji, więc trudno, żeby coś przez nią prześwitywało…
W międzyczasie światło ładnie ściągnęło się do dolnego rogu i powolutku, powolutku matowiało i znikało. Kiedy znowu była ciemność, uświadomiłam sobie, że nawet nie spróbowałam spojrzeć na swoje ręce.
Potem powiedziałam sobie – aha, światła nie ma, siatkówka wariuje… jedzenia nie ma, mózg się nudzi, więc wymyśla głupoty…
I postanowiłam też, że jeśli to światło raczy wrócić, spróbuję się upewnić, czy zobaczę tę rękę, i nacieszę się tym… Potem (dla pewności) przeszukałam wszystkie kąty domku (na ile pozwalały mi plecy) i poszłam znowu spać.
Gdzieś następnego dnia światło naprawdę wróciło. Byłam akurat dla odmiany w przedpokoju i myłam zęby. Upewniłam się więc, że palców nie widzę i nie rzucają cienia, w spokoju umyłam „przy świetle” zęby, skorzystałam z toalety i zadowolona ze swoich przeżyć znów udałam się spać… 🙂
Potem już nic szczególnego nie przyszło.
Wytrzymałam do końca (jak zresztą my wszystkie). Po zapaleniu światła kręciło mi się też trochę w głowie i trwało jakieś 2 godzinki, zanim odważyłam się usiąść za kierownicą. Jeszcze do wczesnych godzin popołudniowych nie czułam się za nią zbyt pewnie…
Pierwszy wniosek był – ciemności więcej nie potrzebuję… Dziś już nie widzę tego tak radykalnie – może jeszcze kiedyś w przyszłości to wypróbuję… I właściwie już trochę się na to cieszę… 😉
Efekty terapii ciemnością?
Na początku wydawało mi się, że właściwie nic się nie zmieniło.
Potem uświadomiłam sobie, że problemy jakoś się mnie nie trzymają. Nie żebym się nie zdenerwowała czy nie przestraszyła… To nie. Ale emocja przychodzi, odchodzi, a ja się w niej nie grzebię… To coś, czego nigdy nie umiałam… Co prawda stopniowo znowu trochę wróciło to do „normy”, ale ta zmiana wciąż się utrzymuje…
Poza tym zapominam o nieważnych rzeczach i jakoś się tym nie przejmuję…
Dużo lepiej też rozumiem problemy swoich pacjentów – rozumiem osoby niewidome i unieruchomione… Ale współczucie dla nich mnie nie pochłania. Akceptuję rzeczywistość i rozumiem – to wszystko…
No i to chyba całe podsumowanie dość długiego, gadatliwego wpisu 🙂
A właściwie nie – jeszcze co do tej wspomnianej negatywnej opinii.
Pan chyba naprawdę za bardzo walczył sam ze sobą, a do tego zakończył pobyt w ciemności po około 3 dniach. Z mojego doświadczenia to czas, kiedy nasilają się negatywne przeżycia. Po prostu pierwsze 3-4 dni są najgorsze. To przyjemniejsze przychodzi później – więc lepiej wytrzymać i się poddać. Po prostu nie starać się tak bardzo… 🙂
Ale ja mam tylko 1 doświadczenie, a to tyle co nic.
Trzymajcie się pięknie i może jeszcze kiedyś się spotkamy
Cześć – Helena



