Cześć Tomáš i Lenka,
wybaczcie, że odpisuję trochę później, życie na świetle trochę mnie pochłonęło 🙂
Jeszcze raz dziękuję Wam za wszystko, cały tydzień w ciemności wspominam jako wyjątkowo mocne i dobroczynne doświadczenie.
Do ciemności szłam z respektem i z jak najmniejszymi oczekiwaniami.
Na każdego ciemność działa inaczej, a ja bałam się zwłaszcza pierwszej chwili po zgaszeniu światła.
Nie potrafiłam sobie też wyobrazić, jak spędzę cały tydzień sama ze sobą i bez niczego szczególnego do roboty.
Na przygotowania miałam cztery miesiące. Wykorzystałam je tak, że nauczyłam się na pamięć kilku sekwencji ćwiczeń z jogi, qigongu, 5 Tybetańczyków, do tego kilku ćwiczeń oddechowych i medytacyjnych oraz paru mantr.
Przeczytałam też kilka książek, a najwięcej dała mi chyba „Potęga teraźniejszości” Tollego.
Przez te 4 miesiące, ćwicząc poszczególne elementy i budząc się do teraźniejszości, czasem miałam wrażenie, że ciemności już nawet nie potrzebuję, tak bardzo pomagało mi to już samo w sobie. Ale wiedziałam, że to tylko chwilowe stany i że na pewno powinnam tam pojechać.
Dlatego 29.4., zgodnie z umową, rozpoczęłam 7 nocy w ciemności.
Kiedy zgasiłam światło, ciemność mnie przytłoczyła. Była tak intensywna, że zamykałam przed nią oczy. Wszędzie widziałam mroczki i nie potrafiłam się zorientować w przestrzeni.
To był ten początkowy szok, którego tak się bałam, i chyba właśnie dlatego przyszedł.
Ale po chwili usiadłam na łóżku i się uspokoiłam. Uświadomiłam sobie, że jestem tam dobrowolnie, że przecież chcę tam być i że ta ciemność w gruncie rzeczy nie gryzie.
Stopniowo zaprzyjaźniłam się z ciemnością. Prosiłam ją, żeby dała mi to, co ma mi dać, żeby odsłoniła mi kawałek mojego własnego wnętrza. A ciemność była dobra i miła. Przyjęła mnie w swoje objęcia.
Mówi się, że pierwsze dwa dni człowiek przesypia.
Ja chyba nie miałam większego deficytu snu, więc już pierwszego dnia nie mogłam się doczekać, kiedy Tomáš przyjdzie z jedzeniem.
Przez wszystkie dni udało mi się trzymać jakiegoś rytmu. Kiedy jedzie się do ciemności wiosną, ma się chyba tę przewagę, że do domku przenikają odgłosy śpiewających ptaków, które oznajmiają dzień, i cykanie świerszczy, które wyznacza noc. Starałam się chodzić spać dopiero wtedy, gdy słyszałam świerszcze. W środku dnia przychodził z kolei Tomáš albo Lenka, więc dni w sumie całkiem mi mijały.
W ciągu dnia ćwiczyłam wszystkie te rzeczy, których się wcześniej nauczyłam, i cieszyłam się, że mam czym wypełnić czas. Każdy element ćwiczeń i relaksu mogłam rozciągać w nieskończoność, bo czasu miałam mnóstwo.
W ciemności miałam dużo czasu…
Nauczyłam się więc trochę zwolnić i delektować się każdym ruchem swojego ciała. Wszystko w ciemności trwało trochę dłużej, a przez cały ten czas w ogóle nie widziałam swojego ciała. Chociaż i na świetle nie spędzam dużo czasu przed lustrem, ciekawie było obserwować, jak ono działa, bez względu na to, że wszędzie jest ciemno. Jak dalej bije w nim serce, żołądek trawi i tak dalej. Nie widziałam, czy nie jestem brudna albo rozczochrana (po czesku rozcuchaná 🙂 i w ogóle nie miało to znaczenia. Myślę, że od tamtej pory mam trochę inną relację z własnym ciałem i bardziej go słucham.
Za to myśli przez cały ten czas wcale nie ucichły. Zrozumiałam, że chyba naprawdę nie należą do nas, skoro są tu nawet bez żadnego zewnętrznego bodźca. W ciemności wszystko było o wiele żywsze, każde wspomnienie, każda ludzka twarz pojawiała mi się z dokładnymi rysami. Mogłam przenieść się, dokąd chciałam, czasem w ogóle przestawałam czuć ciemność. Tak było przez pierwsze trzy dni.
Czwartego dnia myśli zamieniły się w obrazy
To już nie było tylko coś, co przyszło mi do głowy. To były obrazy, które pojawiały się przed moimi oczami w ciemności jeden po drugim, bez przerwy, trochę jak sen, bez początku i bez końca, tylko że przy tym nie spałam.
Były to różne rzeczy, których się boję, od węży po broń palną, a postaci w tych wyobrażeniach nie znałam, ale widziałam je tam bardzo wyraźnie, jakbym je kiedyś widziała, tylko świadomie tego nie pamiętam. Na szczęście nie bałam się bardzo tych wyobrażeń, bo widziałam, że jeśli będę je ignorować, zastąpią je kolejne. Zaczęłam je więc tylko obserwować, a one zmieniały się przede mną jak zwiastuny filmów. Wtedy poczułam, że pod tymi myślami kryje się moje prawdziwe ja. A to, że w ogóle nie widziałam swojego ciała, pozwoliło mi w dodatku uwierzyć, że jesteśmy istotami, które sięgają o wiele dalej niż nasze cielesne powłoki.
Właśnie czegoś takiego pragnęłam doświadczyć i jestem wdzięczna za to doświadczenie.
Zaczęłam widzieć ściany
Czwartego dnia zaczęłam też widzieć ściany. Mózg chyba potrzebował jakoś ograniczyć przestrzeń wokół siebie, więc wymyślił czerwone murowane ściany, chociaż domek jest drewniany i brązowy.
Poza tym nie zauważyłam żadnych szczególnych efektów, tylko raz widziałam, jak pod sufitem przelatuje żółty kłębek światła, i kilka razy na ścianie naprzeciwko toalety mignęła mi świetlna linia.
Wydawało mi się, jakbym w tej wielkiej ciemności potrafiła widzieć wyładowania elektryczne w przewodach, które są tam prawdopodobnie poprowadzone w ścianie, bo trochę wyżej było gniazdko. Zapomniałam potem zapytać o to Tomáša 🙂
Przez cały tydzień miałam przed oczami mroczki, raz mniej, raz więcej, albo ciemność trochę się rozjaśniała, a potem znowu ściemniała. Czarną jak smoła ciemność widziałam rzadko.
W ciemności bez problemu potrafiłam się też orientować. Rzeczy odkładałam przy jednej ścianie, więc bez trudu je znajdowałam. Problem sprawiało mi tylko przechodzenie w poprzek pokoju. Lepiej było chodzić równolegle do ścian.
Co zabrałam ze sobą do ciemności?
Do ciemności przywiozłam kilka kamieni, tybetańską misę, na której czasem grałam i akompaniowałam swoim mantrom, oraz kartki i kredki do pisania i rysowania. Każdego wieczoru pisałam dziennik, który da się nawet przeczytać :), a ostatniego dnia próbowałam intuicyjnie narysować własną aurę.
Jedzenie było świetne
Dziękuję Lence za świetne jedzenie. Już przed ciemnością, podczas kilku jednodniowych głodówek, odkryłam, że głodowanie mi nie służy. Według ajurwedy mam po części naturę powietrza i potrzebuję stałego dopływu kalorii, inaczej mam skurcze żołądka. Dlatego postanowiłam przejść ciemność na wegetariańskim wyżywieniu, bez tego, żeby ktoś mi z góry mówił, jakie jedzenie mnie czeka.
Odkryłam, że na świetle jem z oczekiwaniami. Z góry wiem, jak smakuje dana potrawa, i zanim jeszcze włożę ją do ust, jakoś wiem, czego się spodziewać, więc w końcu nie skupiam się w pełni na samym jej smaku.
Tutaj było odwrotnie i ciekawie było obserwować, jak smakuje na przykład roztopiona czekolada czy zupa pomidorowa. Nigdy też nie zdawałam sobie sprawy, że duszony kalafior (po czesku kvéták) i brokuł mają podobną strukturę i smakują podobnie.
Tomáš mi radził…
Tomáš radził mi, że najlepiej jest siedzieć w ciemności i nic nie robić, i obserwować myśli. Mnie najlepiej wychodziło to właśnie po ćwiczeniach, kiedy ciało było trochę zmęczone. Wtedy najlepiej mi się „medytowało”.
W nocy, zwłaszcza na początku, miewałam koszmary. W ciemności pamiętałam każdy sen, bo po przebudzeniu nic mnie nie rozpraszało. Za radą Tomáša zły sen po prostu wyoddychiwałam. Emocje z niego w ten sposób się rozpuszczały.
Poukładałam sobie myśli
Ciemność ogólnie pomogła mi uporządkować myśli i dzięki byciu sam na sam ze sobą pozwolić, by wszystkie minione pozytywne i negatywne doświadczenia ułożyły się w podświadomości, i przestać je w kółko roztrząsać.
Do domku przywiozłam też MP3 z nagranymi medytacjami. Przez ostatnie mniej więcej trzy dni puszczałam je sobie wieczorami, a w ciemności szczególnie dobrze działał na mnie Sri Mooji, który prowadzi człowieka do bycia w teraźniejszości.
Ostatni dzień
Ostatniego dnia – w sobotę rano o czwartej – zadzwonił mi budzik i tak mnie zszokował, że przy wyłączaniu go spadłam z łóżka, a sen z tamtej nocy jest jedynym, którego nie pamiętam 🙂
Zrobiłam jeszcze 5 Tybetańczyków i wyszłam na zewnątrz, w ciemność. Mnie jednak wydawała się już światłem. Pierwsze kroki były jak na kacu. Krótkie, niepewne, i bolała mnie głowa, zwłaszcza za gałkami ocznymi, bo przez cały tydzień nie musiałam poruszać oczami. Pewnie dlatego niewidomi patrzą tylko sztywno przed siebie, bo osłabły im mięśnie oczu. Jeszcze ponad godzinę trwało, zanim pozbyłam się lekkiego uczucia zawrotów głowy.
Ptaszki śpiewały na całe gardło, wydawało mi się, że aż za głośno. Poszłam za wieś oglądać wschód słońca, ale przez mgłę nie było go widać.
Mimo to atmosfera poranka była czarująca, a ja przeżywałam euforię, że dałam radę.
Droga do domu
W drodze powrotnej w pociągu dotarło do mnie, jakie to piękne w ogóle móc widzieć całe piękno świata i jak wszystko, co robimy, jest tego warte. Życie to najważniejsze, co mamy na tej ziemi wyrazić w jakikolwiek sposób pragniemy.
Pobyt w ciemności polecam każdemu, kto się nad tym zastanawia.
Przez cały pobyt nie przydarzyło mi się nic „przełomowego”, żadna poważna trauma, ani chęć wybiegnięcia z domku, ani mnie nie „oświeciło” 🙂
Ale dało mi to wiele mniejszych uświadomień, pozwoliło mi zamknąć niektóre sprawy z przeszłości, uspokoić się, oczyścić głowę i dowiedzieć się czegoś więcej o sobie i swojej podświadomości.
Dziękuję Wam, Tomáš i Lenka, że w ten sposób umożliwiacie ludziom zanurzyć się w sobie i spotkać samych siebie.
Życzę Wam pięknego życia!
Bára


