Serdecznie was pozdrawiam
, przyjaciele,
dzięki uprzejmej zgodzie Lenki i Tomáša Roudów mogę teraz podzielić się niektórymi moimi wrażeniami i przeżyciami z pobytu w ciemności i pozwolić wam choć trochę zajrzeć do umysłu jednej całkiem zwyczajnej ludzkiej istoty – przez co wszystko przechodzi podczas ciemnego czuwania/śnienia. Nie będę was męczył mnóstwem informacji o wszystkim dookoła, bo to, jak podziała na was droga na miejsce, samo sanktuarium, jego otoczenie czy te dwie istoty, które przeprowadzą was przez ciemność (w zakresie, jaki sami ustalicie), zależy już tylko i wyłącznie od tego, jak to odbierze wasz umysł, bo „Człowiek postrzega tylko ten świat, który nosi w sobie” (Antoine de Saint-Exupéry).
Moment zgaszenia światła zależy wyłącznie od każdego z nas, nie ma tu nikogo, kto by zmuszał albo był zmuszany, drzwi na zewnątrz się nie zamyka, nawet włącznik światła macie cały czas w zasięgu ręki – i właśnie ta wolność jeszcze bardziej zachęca, żeby tak po prostu się nie poddać. W końcu wszyscy przyjechaliśmy tu (albo przyjedziemy), świadomie czy podświadomie, żeby coś przepracować, coś rozwiązać i stanąć z tym twarzą w twarz. Może ktoś będzie sobie wmawiał, że chciał (chce) spróbować tylko z ciekawości, ale po głębszej introspekcji poznacie, że naprawdę jest inaczej – wszystko ma swój bardzo dobry powód. Nawiasem mówiąc, to naprawdę dosłownie leczenie ciemnością i jak można przeczytać na przykład w książce „Królowa Słońca” (Christian Jacq), podobną procedurę ludzie (nie tylko) w starożytnym Egipcie przechodzili dość powszechnie, faraonowie i inni dostojnicy pełniący ważne królewskie funkcje poddawali się jej co najmniej raz w roku jako procesowi oczyszczenia, który miał rozjaśnić i uspokoić umysł, a potem uczynić go znacznie łatwiejszym do kierowania przy właściwym sprawowaniu danej funkcji. Może w tej chwili zaczynacie wyraźniej czuć i dostrzegać, dlaczego jest to dla was tak ważne i dlaczego doprowadziło was aż tutaj.
Pobyt w ciemności w zachodnim sanktuarium
Zrządzeniem jakichś sił przypadło mi zachodnie sanktuarium, z którego po zgaszeniu światła przez jeszcze uchylone drzwi obserwowałem przepiękną scenerię i samotny mak polny na polu, przeżywałem czułe i smutne myśli o Ukochanej i jej przepięknej, uśmiechniętej twarzy, potem nastąpił ostatni wdech świeżego powietrza, a następnie już tylko spokojne i pewne zamknięcie drzwi wejściowych. W tym momencie oprócz ciemności otacza was głęboka cisza, a to, co wcześniej było zamknięte w środku, nagle czuje, że wkrótce nadarzy się okazja, by wyjść na zewnątrz. Choć nie miałem wobec pobytu w ciemności oczekiwań, było we mnie już dość rozpaczliwe pragnienie, by odpowiedzieć sobie przynajmniej na jedno z 3 pytań (o przeszłość, teraźniejszość i przyszłość), które dręczyły mnie przez ostatnie 4 lata i które wszystkie dotyczyły właśnie Tej, która jest dla mnie wszystkim. Dostałem odpowiedź na 2 z nich i jeszcze coś znacznie więcej, ale wszystko po kolei…
Pierwsza noc była naszpikowana całym mnóstwem różnorodnych snów. Pierwszych 3 nie zapisałem, ale potem stało się coś, co przez całą resztę pobytu przestawiło mnie na zupełnie inny tor myślenia. Po zakończeniu 3. snu zupełnie wyraźnie widziałem parę dłoni, które pod wygaszonym ekranem projekcyjnym wielkości dużego salonu, wyglądającym jak jedna tafla szkła bez żadnej ramy, wkładały do jakiegoś urządzenia coś jak kasetę wideo z napisem „nr 4″. Miałem do tej pory całe mnóstwo świadomych snów i kilka podróży astralnych, znam i zawsze bardzo lubię te uczucia, kiedy się budzicie i wiecie, że jeszcze śpicie, albo przechodzicie przez miejsca, które dobrze znacie, a potem „spadacie” z powrotem do ciała. To jednak było coś zupełnie innego – czułem się jak ten, do kogo należą te dłonie, a jednocześnie odczuwałem emocje jak manekin testowy, na którym lada chwila ma się odbyć kolejny eksperyment w nowym środowisku. W tamtej chwili bardzo pogłębił się istniejący już rozdźwięk w postrzeganiu między ja i Ja, co w kolejnych dniach pozwoliło mi zrozumieć inne napływające informacje. Do snów tamtej nocy dodam jeszcze, że 6. sen był dwupoziomowy – kto widział film Incepcja (Inception, 2010), ten zrozumie: stałem w środku nocy w domu w jednym z pokoi obok mojego łóżka, które normalnie w tym miejscu nie stoi, i dzięki temu wiedziałem jasno, że śpię i że chcę się obudzić. Potem co prawda ocknąłem się w jakimś ciemnym sanktuarium, ale był to tylko wyższy poziom snu i wkrótce z wielkim hukiem zawalił się kawał sufitu, a do środka zaczęło wpadać jasne poranne światło. Pamiętam jeszcze, że po chwili usłyszałem za drzwiami głos Toma, który na ten bałagan mówi: „No to chyba mi się tylko śni!!!” 🙂 Więc Tom, wybacz, naprawdę nie chciałem wam tego tam zburzyć, mam nadzieję, że szybko to poskładacie. 😉
Czy jest jeszcze noc, czy już świta, możecie rozpoznać, wsłuchując się w śpiew ptaków, który delikatnie przenika nawet przez skądinąd bardzo solidną izolację akustyczną – przyrody człowiek nie zatrzyma. Szybko zżyłem się z domkiem i każdy jego kawałek wydawał mi się przyjazny, jakby został zbudowany właśnie w tym celu. Kolejne 2 dni i noce upłynęły bardzo spokojnie. Przez większość dnia pozwalałem ciału odpoczywać i choć przed obiadem zawsze przez jakieś pół godzinki lekko poćwiczyłem (wysocy – naprawdę uważajcie z próbami stania na rękach „z rozbiegu”), przez pierwsze 3 dni przesypiałem naprawdę jakieś 18-21 godzin na dobę i cieszyłem się, że zabrałem sportową koszulkę rowerową, żeby ciału w dłuższej hibernacji lepiej się oddychało. Poranne myśli w stylu „leżę do świtu” trafiały na mniej więcej tak samo żyzną glebę jak tekst w stylu „wiosłujemy do zmroku”, który przy kilkutygodniowym pływaniu kajakami po fiordach Svalbardu w czasie dnia polarnego dość łatwo wymyka się z ust. 🙂 Poza tym podczas czuwania, ćwiczeń i chodzenia po domku wielu z was na pewno też chętnie na chwilę zdejmie ubranie – skoro już stoicie twarzą w twarz z ciemnością i atakami swoich ukrytych emocji i myśli, i tak jesteście nadzy, a w ten sposób odczujecie to jeszcze mocniej. Wiele rzeczy przez ten tydzień potrzebować nie będziecie, ale dobrze jest rozłożyć je sobie pod łóżkiem, „sfotografować” i obmacać, żeby potem bez trudu je znaleźć. Może czasem będziecie też szukać na przykład pasty do zębów, którą strącicie, bo pół sekundy wcześniej nie byliście dość uważni, ale ciekawe jest, że niektóre rzeczy chwycicie zawsze z niesamowitą precyzją – wnętrze da się bardzo dobrze wyczuć nawet bez zapalonego światła. Jedyne, z czym się niezbyt dogadałem, była klimatyzacja – mimo wszelkich starań nie udało mi się ustawić jej tak, żeby powietrza ani nie grzała, ani nie chłodziła, tylko wpuszczała zewnętrzny powiew w niezmienionej postaci. No, ale trochę winny jest temu zapewne i fakt, że zacząłem studiować pilota dopiero po zgaszeniu światła.
Jedzenie podczas pobytu w ciemności jako niespodzianka
Około południa jedna niezwykle serdeczna istota przyniesie wam absolutnie czarodziejskie jedzonko i na pewno nie pożałujecie, jeśli nie dacie sobie zdradzić zawartości „przesyłki”, bo w ten sposób jeszcze bardziej pogłębicie i wysubtelnicie odbiór. Ostrożnie nieść, smakować i wąchać nieznane (i niezwykle pyszne) jedzenie po ciemku to trochę jak przytulanie się, a potem zasypianie w objęciach ukochanej istoty, kiedy obok snu porywa was przepiękny zapach jej włosów i skóry, a ciepło jej Serca wyciska wam przy tym łzy szczęścia z oczu… Lenka pewnie będzie wam wmawiać, że to sprawka ciemności, ale sama jest w kuchni naprawdę wielką czarodziejką i na pewno poczujecie na własnych zmysłach, że gotuje z Miłością – więcej chyba nie trzeba zdradzać.
Po 3. nocy, kiedy w głowie wciąż w kółko grała mi piosenka D. Deyla („…nie zdradzę więcej duszy Twej”), pojawiła się odpowiedź na moje pierwsze pytanie – wreszcie zrozumiałem, co się właściwie wtedy przed laty stało i że do tego wszystkiego wystarczyło prawdopodobnie jedno jedyne moje kłamstwo! Trudno opisać słowami, co potem działo się z moim umysłem i emocjami, ale poczułem ogromną ulgę, wieloletni smutek jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozpuścił się we łzach, w jeszcze głębszej wdzięczności i chyba jeszcze silniejszej Miłości niż dotąd, o ile coś takiego jest w ogóle możliwe. Jedna jedyna chwila, a jak potrafiła wstrząsnąć całą duszą… Gdyby nie pobyt w ciemności, męczyłbym się z pewnością jeszcze przez wiele kolejnych lat. Ulga ujawniała się w bardzo głębokich warstwach, potem podśpiewywałem sobie w myślach, śmiałem się z różnych rzeczy (przepraszam, ale tu opis byłby naprawdę na długo) i wszystko nabrało zupełnie nowego smaku.
Czwartej nocy znów miałem bardzo dziwne sny i tym razem zobaczyłem zupełnie wyraźnie, że podczas śnienia celowo tworzy się konkretną sytuację i przy tym testuje się pewien aspekt umysłu – jak na nią zareaguje – dzięki czemu odbywa się coś w rodzaju nauki i rozwoju, podobnego do tego, co wszyscy przeżywamy w zwykłym życiu. A przede wszystkim znów mocno poczujecie, że wy i umysł to nie jedno i to samo. Kilka lat temu miałem zaszczyt spędzić kilka dni z mistrzem Nukunu, który mówił między innymi o strumieniu myśli i emocji jak o huraganie i o tym, że jego wewnętrznym, nieruchomym i całkowicie spokojnym środkiem jesteśmy właśnie my. Jedno to słyszeć i to sobie wyobrażać, drugie to naprawdę to przeżyć i pozwolić umysłowi to zrozumieć. Widziałem umysł jako zbiór osobowości o różnych naturach i charakterach, widziałem, jak wraz z nabywaniem mądrości ten umysł bogaci się i jednocześnie oczyszcza, widziałem kosmiczne „plantacje” pełne setek tysięcy badawczych oczu wznoszących się w stronę błękitnawej poświaty, widziałem sufit delikatnie oświetlony przez niebieskawą podłogę, widziałem nawet 5 różnorodnych myśli w ciągu 2 sekund i żadna nie była moja, widziałem możliwość wyboru, którą wszyscy mamy przed śmiercią, i znów przeżyłem to, co napisał W. Megre w swojej książce „Obrzędy miłości”, gdzie umierał człowiek, który przeżył życie pełne niespełnionej Miłości:
„Nie pomyślę o swoich nowych narodzinach, im oddam swój umysł do tworzenia. Oddam go dla ich szczęścia i zachwytu. Wcielajcie się, spotykajcie się, żyjcie przez stulecia, Radomirze, Lubomiło, jestem waszym towarzyszem, nie wrogiem.” Na trawie leżał Wiedrus, nie jęczał. Osłabiony, a jednak zdołał przycisnąć do piersi figurkę ukochanej kobiety. „Niech dzieje się dobro” – jak w malignie wyszeptał do swojej ukochanej…
Czułem też bardzo wyraźnie, że kiedy człowiek chce zostać rodzicem, powinien najpierw bardzo jasno uświadomić sobie swoją odpowiedzialność i konieczność uleczenia i oczyszczenia jak największej części swoich bólów, blokad i trosk, żeby niczego z tego nie przenosić na swoje dzieci. A kiedy już w dzieciach widzi swoje własne niedoskonałości, nie rozpaczać, tylko szukać w sobie odpowiedzi i dróg, jak wszystko doprowadzić do harmonii.
Po 5. nocy „w dłonie” spadła mi odpowiedź na 3. pytanie: czy powinienem Ją odszukać i zwierzyć się ze wszystkiego, co w sobie noszę. Do notesu zapisałem potem tylko „Nie złamię Ostatniej obietnicy”, znów wrócił smutek i tęsknota, ale teraz już w innej, pogodzonej formie. Przypomniała mi się przy tym scena z serialu „Goro, biały pies”, który oglądałem jako mały chłopiec: dziewczyna z jadącego wozu zagwizdała na gwizdku 2 razy, a on wiedział, co to znaczy i że musi posłuchać. Wiedziałem jednak już dawno, że bez względu na to, czym jestem dla niej, będę dalej szlifował i polerował ten mały kamyczek, dopóki nie stanie się diamentem, który pewnego dnia złożę u Jej stóp.
Pobyt w ciemności otwiera
Przyjaciele, mógłbym podzielić się z wami jeszcze wieloma innymi rzeczami, ale nawet gdyby tysiące stron zapisać tysiącami przeżyć, wciąż to umysł byłby narratorem i tym samym, chcąc nie chcąc, odciągałby od Rzeczywistości. Powiem wam chyba jeszcze tyle, że ciemność jest przyjaciółką i będzie się starała pomóc wam otworzyć się na wszystko, co macie w sobie. Jeśli nosicie w umyśle coś, o czym najchętniej byście zapomnieli (i przed czym nigdy nie uciekniecie), ciemność pomoże wam to przepracować i odróżnić, co jest iluzją, a co Rzeczywistością, zakazane myśli, pragnienia i namiętności za wszelką cenę będą chciały wyjść na powierzchnię. Możecie mieć głęboki szacunek dla wolnej woli Ukochanej istoty i, świadomi siły ludzkich myśli i pragnień, możecie tłumić swoje marzenia, ale nie da się tego robić w nieskończoność. I właśnie ciemność będzie tym, kto otworzy wam oczy.
I jeszcze ostatnia rzecz, a raczej ostatnia notatka z notesu: „Prawdę mamy zawsze tuż przed nosem, tylko nasze oczy jej nie widzą.” Dlatego powinniśmy patrzeć swoim Sercem.
Z miłością
David


